[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Jestem pewien, że każdy miał ochotę ją zamordować.Ja dość często - dodał i z całym spokojem nałożył sobie marmolady.II- Jeśli można, panno Sally, czy mogę zadać pani pytanie? W związku z tym, co mówiono przy śniadaniu.Bardzo dużo myślałem.- Na twoim miejscu nie myślałabym za dużo, Akibombo - odparła Sally.- To niezdrowo.Sally i Akibombo jedli obiad na otwartym powietrzu w Regent’s Park.Oficjalnie uznano, że lato nadeszło i restauracja była otwarta.- Całe rano - zwierzał się żałośnie Akibombo - byłem bardzo zaniepokojony.Wcale nie odpowiadałem dobrze na pytania profesora.On ze mnie niezadowolony.On mi mówi, że ja powtarzam długie ustępy z książek i nie myślę sam.Ale ja jestem tutaj, żeby zdobyć wiedzę z dużo książek i wydaje mi się, że oni lepiej mówią w książkach, niż ja to wyrażam, ponieważ władam niedoskonale angielskim.A poza tym dzisiaj rano bardzo mi trudno myśleć o wszystkim z wyjątkiem tego, co jest na Hickory Road i o kłopotach tam.- Powiedziałabym, że co do tego masz słuszność - zauważyła Sally.- Mnie samej trudno się było dziś rano skoncentrować.- Dlatego proszę, żeby mi pani powiedziała pewne rzeczy, bo jak mówię, bardzo dużo myślałem.- No więc, o czym mianowicie myślałeś?- No o tym bo-ro-wym.- Borowym? Ach, o kwasie bornym? Tak.Więc co?- No, nie bardzo dobrze rozumiem.To jest kwas, prawda? Taki kwas, jak siarkowy?- Nie taki jak siarkowy, nie - wyjaśniła Sally.- To nie jest coś tylko do doświadczeń w laboratorium?- Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek przeprowadzano z tym doświadczenia w laboratorium.Jest to coś łagodnego i nieszkodliwego.- To znaczy, można to nawet używać do oczu?- Owszem.Właśnie do tego jest używany.- Ach, więc teraz rozumiem.Pan Chandra Lal ma małą białą buteleczkę z białym proszkiem, wkłada proszek do gorącej wody i przemywa tym oczy.Trzyma go w łazience i jednego dnia tam go nie ma i on jest bardzo zły.To będzie kwas borny, tak?- O co ci chodzi z tym kwasem bornym?- Powiem później.Jeśli można, nie teraz.Jeszcze pomyślę.- Tylko nie nadstawiaj karku - ostrzegła Sally.- Nie chcę, żeby twoje zwłoki były następne, Akibombo.III- Valerie, czy sądzisz, że mogłabyś mi udzielić rady?- Oczywiście, mogę udzielić ci rady, Jean, chociaż doprawdy nie wiem, po co ludzie w ogóle proszą o rady.I tak nigdy ich nie słuchają.- Chciałam się poradzić w sprawach sumienia - oznajmiła Jean.- W takim razie jestem ostatnią osobą, którą powinnaś prosić o radę.Moje sumienie nie jest specjalnie czułe.- Och, Valerie, nie mów takich rzeczy.- Cóż, to prawda - powiedziała Valerie, gasząc papierosa.- Szmugluję stroje z Paryża obrzydliwym babskom, które przychodzą do naszego salonu piękności, opowiadam potworne kłamstwa na temat ich urody, nawet jeżdżę autobusami bez biletu, jeśli jestem spłukana.No, ale mów.O co chodzi?- Wiąże się to z tym, o czym Nigel mówił przy śniadaniu.Jeśli ktoś coś wie o kimś innym, czy sądzisz, że powinien powiedzieć to policji?- Co za idiotyczne pytanie! Nie można takiej rzeczy rozpatrywać w kategoriach ogólnych.Co mianowicie chcesz czy czego nie chcesz powiedzieć?- Chodzi o paszport.- O paszport - Valerie, zdumiona, usiadła prosto.- Czyj paszport?- Nigela.On ma fałszywy paszport - Nigel? - w głosie Valerie brzmiało niedowierzanie.- Nie wierzę.Wydaje się to nieprawdopodobne.- A jednak tak.I wiesz, Valerie, w tym coś jest, jakaś sprawa.policja chyba mówiła, że Celia coś powiedziała o jakimś paszporcie.A jeśli ona wpadła na to i on ją zabił?- Brzmi to bardzo melodramatycznie - zauważyła Valerie.- Ale jeśli mam być szczera, nie wierzę w ani jedno słowo.Co to za historia z paszportem?- Widziałam go.- Jakim cudem? - No wiesz, to był absolutny przypadek - usprawiedliwiała się Jean.- Szukałam czegoś w mojej teczce jakiś tydzień czy dwa temu i widocznie przez pomyłkę zajrzałam do aktówki Nigela.Obie leżały na półce w salonie.Valerie zaśmiała się raczej nieprzyjemnie:- Mów to głupiemu! Co naprawdę robiłaś? Myszkowałaś?- Nie, naturalnie, że nie! - w głosie Jean brzmiało szlachetne oburzenie.- Co jak co, ale nigdy nie zaglądam do cudzych prywatnych papierów.Nie jest to moim zwyczajem.Po prostu byłam jakaś roztargniona, otworzyłam aktówkę i bezmyślnie przerzucałam zawartość.- Słuchaj no, Jean, nie wykręcaj się, dobrze? Teczka Nigela jest o wiele większa od twojej i ma zupełnie inny kolor.Kiedy już się do czegoś przyznajesz, możesz równie dobrze przyznać się do końca.W porządku.Znalazłaś okazję, żeby poszperać w rzeczach Nigela i wykorzystałaś ją.Jean podniosła się:- Cóż, Valerie, jeśli masz zamiar być tak nieuprzejma, niesprawiedliwa i nieprzyjemna, nie pozostaje mi nic innego.- Och, wracaj, dziecko - zawołała Valerie.- Powiedz wreszcie, o co chodzi.Zaczyna mnie to interesować.Chcę wiedzieć.- No więc, zobaczyłam ten paszport - relacjonowała Jean.- Leżał na dnie i był na nazwisko Stanford czy Stanley, czy coś w tym rodzaju.Pomyślałam sobie: „Dziwne, że Nigel trzyma tu cudzy paszport”.Otworzyłam, a w środku była fotografia Nigela! Nie sądzisz więc, że on musi prowadzić podwójne życie? Zastanawiam się po prostu, czy mam powiedzieć policji? Nie uważasz, że to mój obowiązek?Valerie wybuchnęła śmiechem.- Prawdziwy pech, Jean - powiedziała.- Prawdę mówiąc wyjaśnienie jest bardzo proste.Powiedziała mi to Pat.Nigel odziedziczył jakieś pieniądze czy coś takiego, pod warunkiem, że zmieni nazwisko.Przeprowadził to najzupełniej legalnie, aktem prawnym, czy jak tam to się nazywa, w każdym razie oto cała tajemnica.O ile pamiętam, jego oryginalne nazwisko brzmiało Stanfield, Stanley, czy jakoś tak.- Och! - Jean sprawiała wrażenie głęboko zawiedzionej.- Zapytaj Pat, jeśli mi nie wierzysz - dodała Valerie.- Och, nie, cóż, jeśli jest tak, jak mówisz, widocznie się pomyliłam.- Życzę więcej szczęścia następnym razem - odparła Valerie.- Nie wiem, co masz na myśli, Valerie.- Chciałabyś się dobrać do Nigela, może nie? I narobić mu kłopotów z policją?- Możesz mi nie wierzyć, Valerie - oświadczyła Jean z godnością - ale chciałam jedynie spełnić swój obowiązek.Opuściła pokój.- Do diabła! - wykrzyknęła Valerie.Rozległo się pukanie do drzwi i weszła Sally:- Co się stało, Valerie? Wyglądasz na zgnębioną.- To ta obmierzła Jean.Jest doprawdy okropna.Nie sądzisz, żeby był chociaż cień szansy, że to Jean zakatrupiła biedną Celię? Sprawiłoby mi dziką satysfakcję ujrzenie Jean na ławie oskarżonych.- Podzielam twoje uczucia - odparła Sally - ale nie wydaje mi się to szczególnie prawdopodobne.Uważam, że Jean jest zbyt ostrożna, żeby kogoś zamordować.- Co myślisz o pani Nick?- Po prostu nie wiem, co myśleć.Chyba się wkrótce dowiemy.- Stawiam dziesięć do jednego, że ją też zakatrupili - oświadczyła Valerie.- Ale dlaczego? Co się tu dzieje? - spytała Sally.- Chciałabym to wiedzieć, Sally.Czy łapiesz się kiedyś na tym, że się przyglądasz ludziom?- Jak to, Val, czy się przyglądam ludziom?- Przyglądasz się i zastanawiasz: „Czy to ty?” Mam uczucie Sally, że jest tu ktoś obłąkany.Naprawdę obłąkany, niebezpiecznie obłąkany, to znaczy nie taki, któremu się wydaje, że jest na przykład ogórkiem.- To niewykluczone - przyznała Sally.Zadrżała.- Uuch! Ciarki mnie przeszły.IV- Nigel, muszę ci coś powiedzieć.- Mianowicie, Pat? - Nigel grzebał gorączkowo w swojej komodzie.- Co ja, u diabła, zrobiłem z tymi notatkami, wprost pojąć nie mogę.Przecież je tu wrzuciłem
[ Pobierz całość w formacie PDF ]