[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W półmroku zdołał rozróżnić zarysy szafy i starego kufra.Pokoik był bardzo mały.W przeciwległym kącie, za komodą, stało łóżeczko na kółkach.Płacz dziecka odezwał sięnagle ze zdwojoną siłą, wypełniając pokoik.Karol nieopatrznie stał na oświetlonym proguniby straszliwy, czarny olbrzym. No, cicho, cicho.Mama zaraz wróci.Obcy głos naturalnie pogorszył tylko sprawę.Karolowi zdawało się, że cała okolicamusiała się chyba obudzić, tak przerazliwe stały się wrzaski małej.W zakłopotaniuuderzył o coś głową, potem wszedł do pokoju i stanął w półmroku przy łóżeczku.Gdyzobaczył, jakie to małe dziecko, zrozumiał, że słowa na nic się nie zdadzą.Pochylił się naddziewczynką i ostrożnie pogłaskał ją po główce.Gorące paluszki chwyciły go za rękę, alepłacz nie ustawał.Malutka, skrzywiona twarzyczka wyrzucała z siebie niewyczerpanezasoby lęku ze zdumiewającą siłą.Trzeba było koniecznie znalezć jakiś środek zaradczy.Karol znalazł go.Namacał w kieszeni zegarek, odczepił dewizkę od kamizelki i zaczął 210kołysać zegarkiem przed małą.Skutek był natychmiastowy.Wrzaski zamieniły się wciche pochlipywanie.Potem rączki wyciągnęły się w górę, żeby chwycić prześlicznązabawkę, chwyciły ją, ale zaraz zgubiły wśród pościeli.Dziewczynka usiłowała usiąść, nieudało jej się to.Krzyki wybuchły znowu.Karol pochylił się nad małą, żeby oprzeć ją wyżej na poduszkach.Naraz ogarnęła gopokusa.Wyciągnął ją w jej długiej koszulce nocnej z łóżeczka, potem odwrócił się i usiadłna komodzie.Trzymając drobne ciałko na kolanach, kołysał zegarkiem przed sięgającymichciwie rączkami.Mała należała do owych pucołowatych wiktoriańskich dzieci zczarnymi paciorkami zamiast oczek; przemiłe czarnowłose stworzonko.Jej raptownazmiana nastroju, radosny śmiech, kiedy wreszcie pochwyciła upragniony zegarek,rozbawiły Karola.Zaczęła mówić coś dziecinnie i niezrozumiale.Karol w odpowiedzimruczał: tak, tak, dobra dziewczynka, grzeczna dziewczynka, ładna, ładna dziewczynka.Wyobraził sobie nagle, że sir Tom i syn biskupa widzą go w tej chwili& że oglądają finałjego wielkiego skoku w rozpustę.Dziwne, niezbadane labirynty życia tajemnicespotkań.Uśmiechnął się, gdyż to dziecko nie tyle obudziło w nim sentymentalne rozrzewnienie,ile przywróciło mu zwykłą ironię, która z kolei była czymś w rodzaju wiary w siebie.Wcześniej tego wieczora, kiedy siedział w powozie sir Toma, miał fałszywe poczucie, żeżyje terazniejszością, lecz owo odrzucenie przeszłości i przyszłości było tylko gniewnąpróbą zapomnienia, odtrącenia wszelkiej odpowiedzialności.W tej chwili rozumiałznacznie głębiej i wyrazniej, jak bardzo łudzą się ludzie, gdy chodzi o pojęcie czasu.Wydaje im się bowiem, iż czas jest czymś w rodzaju drogi, na której człowiek zawszewidzi, gdzie jest i gdzie się przypuszczalnie znajdzie prawda zaś przedstawia sięzupełnie inaczej: czas jest miejscem, jest terazniejszością oblegającą nas tak ciasno, że zreguły jej nie dostrzegamy.Doznania Karola stanowiły diametralne przeciwieństwo doznań Sartre a.Te prostemeble, ciepłe światło z sąsiedniego pokoju, skromne cienie, a nade wszystko ta małaistotka, którą trzymał na kolanach, tak nieważka w porównaniu z ciężarem jej matki(Karol wcale zresztą o niej już nie myślał), nie były to obiekty zaborcze i wrogie, leczpomocne i życzliwe.Piekło jest nieskończoną i pustą przestrzenią, one zaś są przed nimobroną.Karol poczuł naraz, że potrafi stawić czoło przyszłości, która jest tylko jedną zpostaci owej straszliwej pustki.Cokolwiek go spotka, takie chwile jak ta będą powracać muszą powracać i można je odnalezć.Drzwi otworzyły się.Prostytutka stanęła w smudze światła.Karol nie widział jejtwarzy, domyślił się jednak, że się w pierwszej chwili przestraszyła.Powiedziała z ulgą: Ojej, proszę pana& Czy płakała? Tak.Trochę.Teraz chyba znów zasnęła. Musiałam iść aż na postój przy Warren Street.Wszystkie się tam zjechały. Serdecznie dziękuję.Podał jej dziecko i patrzał, jak układa je w łóżeczku, potem odwrócił się raptownie iwyszedł z pokoju.Namacał w kieszeni pieniądze, odliczył pięć suwerenów i zostawił nastole.Dziecko znów się obudziło, matka zaczęła je uciszać.Karol poczekał chwilę, poczym cicho opuścił pokój.Wsiadł już do czekającej dorożki, gdy kobieta zbiegła na dół.Podniosła na niego oczy zwyrazem zdumienia, niemal bólu. Ach, proszę pana& dziękuję.Dziękuję panu.Dostrzegł, że ona ma łzy w oczach nic tak nie wzrusza biedaków jak niespodziewane, a niezarobione pieniądze. 211 Jest pani bardzo dzielna i bardzo dobra.Wychylił się i dotknął jej ręki zaciśniętej na okuciu dorożki.Potem zapukał laską,dając znak do odjazdu.42Historia nie przypomina bynajmniej osoby, która używa ludzi do osiągnięcia swychcelów.Historia to tylko uczynki ludzi, z których każdy dąży do własnego celu.Karol Marks, Die Heilige Familie (1845)Karol, jak już wiemy, nie powrócił do Kensington w tak idyllicznym i filantropijnymnastroju, w jakim rozstał się z prostytutką.Podczas godzinnej jazdy znów dostał atakumdłości i miał dość czasu, aby nabrać do siebie odrazy.Obudził się wszakże w lepszymhumorze.Jak to zwykle mężczyzna po przepiciu, przyjrzał się ze zgrozą odbiciu swejwymizerowanej twarzy i zajrzał do spierzchniętych, spieczonych ust, w końcu jednakdoszedł do wniosku, że mimo wszystko może śmiało patrzeć światu w oczy.W każdymrazie spojrzał w oczy Samowi, kiedy ten przyniósł gorącą wodę, a nawet zdobył się na cośw rodzaju przeprosin za swój szorstki ton ubiegłej nocy. Nic takiego nie zauważyłem, panie Karolu. Miałem dość męczący wieczór, uważasz.A teraz bądz dobry i przynieś mi wielkiimbryk herbaty.Mam diabelne pragnienie.Sam wyszedł, nie zdradzając się z ukrytą opinią, że jego pan ma coś jeszczediabelnego, nie tylko pragnienie.Karol umył się, ogolił i zaczął rozmyślać o Karolu.Byłorzeczą jasną, że nie jest stworzony na hulakę, ale dzięki temu nie przywykł też dowyrzutów sumienia i pesymizmu
[ Pobierz całość w formacie PDF ]