[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.–Ludzie mieszkający w tym rejonie – stwierdził Anjo – to niemal wyłącznie ranczerzy.–Jakiego rodzaju hodowle? – zapytała Toni.–Króliki i kozy – Anjo odwrócił się częściowo ze swojego miejsca obok kierowcy, na przedzie pojazdu.– Bydło nie radzi tu sobie najlepiej, a nawet gdyby sobie radziło, ranczerzy nie mogliby konkurować z wołowiną z hodowli klonów.Kiedy Prezesi kupili tę technologię z Cassidy, zatrzymali ją dla siebie jako monopol.–I rancza upadły? – zapytał Bleys.–Cóż, wciąż tu są – odpowiedział Anjo.– Ale nie są już prowadzone przez tych samych ludzi.–Wydaje się to marnotrawstwem – stwierdziła Toni.– Chodzi mi o to, że jest to jeden z niewielu Młodszych Światów, na których z sukcesem można hodować ziemskie bydło – ale nie robią tego.Zaledwie kilka godzin po wyjeździe z Blue Harbor zjechali z głównej autostrady i od tamtej pory drogi stawały się z każdą chwilą coraz prymitywniejsze.Trasa, którą podróżowali od chwili opuszczenia Guerniki, stanowiła zaledwie ślady kolein odciśniętych w twardej, czerwonawej ziemi.Ich ciężarówka podskakiwała i odbijała się od nierównej powierzchni.Kierowali się teraz wprost na góry.Ich zbocza były widoczne przed nimi przez przednią szybę pojazdu, w miarę upływu dnia piętrząc się coraz wyżej w kolorach przechodzących od głębokiego fioletu i czerni, przez błękit do zielem i czerwieni.Przy pewnym oświetleniu mogły wyglądać wręcz groźnie.Dla lubiącego góry Bleysa wyglądały w takich chwilach jak potężni, starzy przyjaciele.–Obejrzenie tego masywu o świcie czy zachodzie słońca musi wywierać niezłe wrażenie – odezwała się Toni.–Tak – potwierdził Anjo z przedniego siedzenia, nie odwracając się.Dojechali w końcu do niskiego budynku u samego podnóża pierwszego stromego zbocza, domu z kamiennymi ścianami i dachem pokrytym gontem.Ściany były szare, szarawe z czerwonawym odcieniem były też gonty, najwyraźniej zrobione z kory jakiegoś drzewa, a każdy z nich był lekko wypukły na środku, przypominając ceramiczne dachówki.Ciężarówka zatrzymała się i wysiedli z niej, zesztywniali.Z budynku pośpiesznie wyłoniła się para w średnim wieku – wysoki mężczyzna z twarzą równie opaloną jak u Anjo, z żoną, średniego wzrostu kobietą ubraną w długą suknię w biało-niebieską kratę – zza której wypadło z domu czworo dzieci w wieku od szesnastu do sześciu lat, trzy dziewczynki i chłopiec.–To Mordard Cruzon i jego żona, Yala – przedstawił ich Anjo.– Oraz ich rodzina.–Wielki Nauczycielu – odezwał się Mordard – jesteśmy szczęśliwi i zaszczyceni, że możemy cię tu gościć.Wasza czwórka może schronić się pod naszym dachem.Dla pozostałych ustawiliśmy namioty za domem.–Ja pojadę zanocować u krewnych – wyjaśnił Anjo.– Do zobaczenia później.Razem z kierowcą wsiedli do ciężarówki, zawrócili ją w kłębach kurzu i odjechali z powrotem drogą.–Wejdźcie, wejdźcie do środka! – zawołała Yala.– Schowajmy się przed pyłem, zanim wszyscy się podusimy.Weszli.Wnętrze było niespodziewanie obszerne, z drewnianymi meblami i cudownie kolorowymi pledami pozawieszanymi na wszystkich ścianach.Zarówno meble jak i pledy, były ręcznej roboty i czyste.Upłynęły trzy dni, zanim Anjo znów się pojawił, tym razem w towarzystwie niskiego, szerokiego mężczyzny około pięćdziesiątki, z brodą i wielką szopą siwiejących, rudych włosów, wykazującym silne podobieństwo do Anjo.–Wasze obozowisko jest gotowe – oświadczył starszy mężczyzna, którego Anjo przedstawił jako swojego wujka, Polona Geana.Mówił formalnie i z lekkim akcentem, jakby z któregoś z języków Starej Ziemi, nabytym albo odziedziczonym.– Powinniśmy tam natychmiast wyruszyć.Mamy…Zerknął w kierunku palącej jasnymi promieniami kropki, jaką stanowił Syriusz, bezbłędnie lokalizując jej położenie na niebie.–Mamy tylko osiem godzin światła dziennego, żeby się tam dostać.To nie tak daleko, ale ostatni odcinek wymaga trudnej wspinaczki.Odwrócił się do pary goszczącej przez ostatnie kilka dni Bleysa, Dahno, Toni i Henry’ego.–Mord, masz dla mnie wózek z kołami i płozami oraz kozi zaprzęg mogący pokonać tę trasę?Wysoki mężczyzna skinął głową.Bagaże Bleysa, Dahno, Toni i Henry’ego powędrowały do wózka ciągniętego przez dwanaście kóz zaprzężonych parami.Lokalne odmiany kóz były znacznie większe i bardziej poddające się szkoleniu niż ich ziemscy przodkowie, i w konsekwencji często były wykorzystywane na Młodszych Światach jako siła pociągowa.Przez chwilę Bleys poczuł dotyk nostalgii za latami spędzonymi na farmie Henry’ego na Zjednoczeniu, gdzie podróżował podobnym, ciągniętym przez kozy wozem.Ruszyli w drogę.Dotarli do celu późnym popołudniem.Ostatnia część drogi, stanowiąca mniej więcej jedną piątą dystansu, usprawiedliwiła stwierdzenie Polona o ostrej wspinaczce.Tutaj przydały się płozy wózka.Okazało się, że wysoko na stromych zboczach rośnie dużo długiej, wysuszonej trawy, na której płozy sprawdzały się znacznie lepiej od kół
[ Pobierz całość w formacie PDF ]