[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Zgadza się. Z Hermes Electric?Chwila przerwy. Ze szkoły językowej Hermes odparła, wymawiając to jak Hur-mez.Uśmiechnęła się. Jakiś problem? No cóż, sami jesteśmy zaskoczeni zaczął Milo. Bo pani adres zgadza się z adresem firmyo nazwie Hermes. Naprawdę? Tak, proszę pani. To jakaś.pomyłka. Czyżby? Ależ oczywiście. A pan Almoni?Odsunęła się od drzwi i przymknęła je nieco. Kto? Almoni.P.L.Almoni.Jezdzi furgonetką zarejestrowaną na Hermes Electric.Niedaleko stąd maskrzynkę pocztową.Irina Budzhyshyn milczała.Potem wzruszyła ramionami. Nie znam go. Doprawdy? Milo pochylił się do przodu i zbliżył stopę do szpary w drzwiach.Znów wzruszyła ramionami. Pani ma firmę Hermes i on ma firmę Hermes, a jego telefon zarejestrowany jest pod tymadresem.Milczenie. Gdzie jest Almoni?Irina Budzhyshyn odsunęła się, jakby chciała zamknąć drzwi, ale Milo je przytrzymał. Jeśli pani go chroni, może pani mieć spore kłopoty. Nie znam tego pana. Ten człowiek nie istnieje? To fałszywe nazwisko? Po co pani narzeczonemu fałszywe nazwisko?Milo wyszczekiwał pytania niczym pies.Wargi kobiety pobielały, ale nie odpowiedziała. Co tu jeszcze jest lipą? Pani szkoła językowa? Ta praca w Metropolitan Title? Czym się paninaprawdę zajmuje, pani Budzhyshyn? Albo sama nam pani powie, albo i tak się tego dowiemy, więcproszę sobie zaoszczędzić kłopotów i powiedzieć od razu.Irina Budzhyshyn milczała.Milo naparł na drzwi, a kobieta westchnęła. Proszę wejść powiedziała. Porozmawiamy.Włączyła lampę kształtem i kolorami przypominającą jakąś larwę.Salon podobny był do tysiącainnych salonów: skromne wymiary, niski sufit, brązowa sztuczna wykładzina na podłodze, niepozornemeble.Składany stolik i trzy składane krzesła tworzyły jadalnię.Za białym blatem rozciągała siękuchnia wykończona w jasnym dębie. Proszę, usiądzcie, panowie powiedziała, poprawiając krótkie włosy bez widocznego efektu. W porządku rzekł Milo, patrząc na drzwi przesłonięte zasłoną z drewnianych koralików.Przezkoraliki zauważyłem otwarte drzwi do łazienki.Wszystko pogrążone było w półmroku, na drzwiachdo prysznicu wisiała bielizna. Ile tam dalej jest pokoi? Tylko jedna sypialnia. Jest tam ktoś?Irina Budzhyshyn pokręciła głową. Jestem sama.Napiją się panowie herbaty? Nie, dziękuję. Milo wyjął pistolet, odsłonił nim zasłonę z koralików i skierował w lewo.IrinaBudzhyshyn stała bez ruchu.Nie patrzyła na mnie.Po chwili Milo wrócił. W porządku, proszę opowiedzieć o Hermes Electric i panu PL.Almonim.Tym razem nazwisko Almoniego wywołało uśmiech na jej twarzy. Muszę zadzwonić. Do kogo? Do kogoś, kto może odpowiedzieć na pańskie pytania. Gdzie jest telefon? W kuchni. Czy jest tam coś jeszcze, o czym powinienem wiedzieć? Mam broń odpowiedziała spokojnie w szufladzie koło lodówki, ale nie zamierzam panazastrzelić.Milo zrobił kilka kroków i wyjął pistolet.Chromowany automat. Naładowany. Jestem kobietą i mieszkam samotnie. Ma pani inną broń? Nie. A na strychu nie czai się pan PL.Almoni?Roześmiała się. Co w tym śmiesznego? Ten człowiek nie istnieje. Skoro go pani nie zna, skąd może pani o tym wiedzieć? Proszę pozwolić mi zadzwonić, wtedy pan zrozumie. Do kogo pani dzwoni? Nie mogę panu powiedzieć, dopóki nie zadzwonię.Nie jest pan szeryfem z tego hrabstwa, więcnie muszę panu pomagać.To było stwierdzenie faktu, a nie obrona. Przecież i tak nam pani pomaga. Owszem, bo to.praktyczne.Teraz zadzwonię.Może mnie pan obserwować.Weszli do kuchni.Milo cały czas stał przy niej i zaglądał przez ramię, kiedy wystukiwała numer naklawiaturze telefonu.Powiedziała coś w obcym języku, przez chwilę słuchała, powiedziała cośjeszcze, po czym oddała mu słuchawkę.Kiedy przyłożył ją do ucha, zacisnął szczęki. Co? Kiedy? Teraz niemal ryczał. Nie.Dobrze, w porządku.Gdzie?Odłożył słuchawkę.Irina Budzhyshyn wyszła z kuchni i usiadła na sofie z zadowoloną miną.Milo spojrzał na mnie.Był czerwony na twarzy i cały spięty. To wicekonsul Carmeli.Mamy się z nim spotkać w jego biurze za kwadrans.Punktualnie.Możetym razem uda nam się przynajmniej przejść przez ten cholerny korytarz.24Kiedy podjechaliśmy pod konsulat, na Wilshire było pusto.Nim wysiedliśmy z samochodu, przednie oświetlonym wejściem do konsulatu pojawił się mężczyzna.Obserwował nas przez chwilę, po czym stanął w światłe latarni.Młody człowiek w sportowejkurtce i spodniach.Szerokie barki, wielkie ręce w jednej trzymał krótkofalówkę.Ciemne włosymiał przycięte bardzo krótko, tak jak strażnik siedzący w okienku w konsulacie.Niewykluczone, żebył to ten sam mężczyzna. Zaprowadzę panów powiedział głosem pozbawionym emocji.Wyprzedził nas o kilka kroków, otworzył drzwi i przeszedł przez hol, w którym niosło się echonaszych kroków.W trójkę pojechaliśmy windą na szesnaste piętro.Strażnik wyglądał na znudzonego.Drzwi otworzyły się i ujrzeliśmy za nimi Zeva Carmelego. B seder powiedział
[ Pobierz całość w formacie PDF ]