[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Kraksa samochodowa - wyjaśnił Justin.Lekarz spojrzał z ukosa spo-za okularów.Jego młoda asystentka roześmiała się.W nocy, jak każdej nocy od śmierci Tessy, wciągał go jego wewnętrznyświat.Trudził się przy biurku stojącym w oszklonym wykuszu, zawzięciepisząc do Hama poobijaną prawą ręką.Snuł opowieść o mękach MarkusaLorbeera tak, jak przekazała mu to Birgit, potem ostrożnie zakończył pracęi dopisując serdeczności, czuł, jak zrlów napływa życie.Lorbeer, pokutnik,siedział na pustyni i oczyszczał się z winy dietą z szarańczy i dzikiego mio-du.Justin też był samotny w obliczu swego przeznaczenia, ale miał przedsobą cel.I w jakimś ponurym sensie był oczyszczony.Nigdy nie żywił prze-konania, że jego poszukiwania zakończą się szczęśliwie.W ogóle nie wi-dział ich końca.Wystarczało mu, że podjął misję Tessy - niósł jej sztandar,przepełniała go jej odwaga.Była świadkiem monstrualnej niesprawiedliwo-ści i ruszyła do walki.On też to zrobił, choć za pózno.Jej walka była terazjego walką.Ale kiedy przypomniał sobie wiekuistą ciemność czarnego kapturai smród własnych wymiocin, kiedy dokonał systematycznego przeglądu siń-ców, żółtych i niebieskich owalnych znaków, które jak kolorowe nuty biegłyprzez jego piersi, plecy i biodra, doświadczył innego rodzaju pokrewień-stwa.Jestem jednym z was.Już nie przystrzygam róż, gdy wy szepczecie cośnad zieloną herbatą.Nie musicie zniżać głosów, kiedy podchodzę bliżej.Je-stem z wami, przy jednym stole i mówię tak".Siódmego dnia Justin zapłacił rachunek i, prawie nie zastanawiając sięnad tym, co robi, wsiadł do autobusu, a potem do pociągu jadącego do Bazy-lei, legendarnej doliny górnego Renu, gdzie giganty farmaceutyczne mająswoje zamki.A tam, z pokrytego freskami pałacu, wysłał grubą kopertę dostarego smoka w Mediolanie.Potem szedł.Czuł ból, ale szedł.Najpierw po wybrukowanym pagórkudo średniowiecznego miasta z dzwonnicami, domami kupców, pomnikamiwolnomyślicieli i ofiar tyranii.A kiedy zgodnie z planem przypomniał sobieo obowiązkach, skierował kroki nad brzeg rzeki i z placu zabaw spojrzał278w górę.Ujrzał, niemal nie dowierzając własnym oczom, rozległe, betonowekrólestwo farmaceutycznych bilionerów, anonimowe koszary ustawione je-den przy drugim w walce przeciwko samotnym wrogom.Nad nimi niecier-pliwie skrzypiały pomarańczowe dzwigi, niektóre pomalowane w jaskrawepasy ostrzegawcze dla samolotów.A u ich stóp leżały linie kolejowe, placerozładunkowe, parkingi dla ciężarówek, nabrzeża, każde chronione własnymmurem zwieńczonym drutem kolczastym i wypacykowanym graffiti.Pchany naprzód siłą, której nie potrafił nazwać, przeszedł przez mosti jak we śnie wędrował po ponurych pustkowiach podniszczonych blokówi sklepów z używaną odzieżą.Wokół niego przejeżdżali na rowerach gastar-beiterzy o zapadłych oczach.Niepostrzeżenie, jakby ciągnęła go jakaś ma-gnetyczna moc, doszedł do czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jakładna trzypasmowa aleja.Na jej końcu stała przyjazna środowisku bramatak gęsto obrośnięta pnączami, że ledwie było spod nich widać dębowe drzwiz wypolerowanym mosiężnym dzwonkiem i wypolerowaną mosiężną skrzyn-kąna listy.I dopiero gdy spojrzał w górę, jeszcze wyżej, a potem nieco w pra-wo, w niebo nad głową, dotarł do niego ogrom tryptyku białych wież biuro-wych połączonych napowietrznymi korytarzami.Okładzina z kamienia byłaklinicznie biała, okna przysłaniały szyby z przyciemnianego szkła.A z tyłu,spoza każdej z monstrualnych wież wyrastał biały komin, ostry jak ołówekwbity w niebo.A z każdego komina mrugały do niego, jak starzy przyjacie-le, złote litery KVH.Ani wtedy, ani pózniej nie umiał ocenić, jak długo tam stał, samotny jakowad, który wpadł w pułapkę.Od czasu do czasu wydawało mu się, że skrzy-dła budynku zamykają się, żeby go zmiażdżyć.Kolana się pod nim ugięłyi stwierdził, że siedzi na ławce, na kawałku zdeptanej ziemi, gdzie kobietywyprowadzają psy.Poczuł lekki, ale wyrazny zapach i na moment wróciłpamięcią do kostnicy w Nairobi.Ile czasu upłynie, pomyślał, zanim przesta-nę czuć ten zapach? Musiał już zapaść wieczór, bo w oknach zapaliły sięświatła.Rozpoznawał przesuwające się sylwetki i mrugające, niebieskieświatełka terminali komputerowych.Dlaczego tutaj siedzę? - zapytał ją, nieprzerywając obserwacji.O czym myślę, kiedy nie myślę o tobie?Siedziała obok niego, ale tym razem nie miała gotowej odpowiedzi.Myślęo twojej odwadze, odpowiedział za nią.Myślę, że ty i Arnold wystąpiliścieprzeciw temu wszystkiemu, a stary Justin troszczył się o grządki, żeby miećdla ciebie żółte frezje.Myślę, że już nie wierzę w siebie i w to, co reprezen-tuję.O tym, że był czas, kiedy twój Justin, tak jak ludzie w tych budynkach,czerpał dumę z faktu, że podporządkowuje się surowemu osądowi zbioro-wej woli - którą przypadkiem nazywał Krajem albo Doktryną RozsądnegoCzłowieka, albo - z pewną obawą - Sprawą.Był czas, gdy myślałem, że279śmierć jednostki dla dobra ogółu może być sensowna
[ Pobierz całość w formacie PDF ]