[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Rezydencja Van Ness Avenue w Kalifornii kojarzyłamu się z więzienną celą, a szykowne młode dziedziczki były nudne,płoche i płytkie.Tom dumał o kobiecie pozbawionej tych cech.Tej samej, któraszykowała się teraz do ślubnej podróży i z obawą myślała o maleńkiejwiosce w dalekich Chinach, gdzie oczekiwał jej mąż oraz dwieżony-współtowarzyszki.Spróbował głośno wymówić jej imię:- Lian.To dziwne, że ta młoda Chinka wywarła na nim tak silne wrażenie.Widział ją zaledwie dwa razy.Za drugim razem, kiedy rankiem poszedłodebrać pranie, ojciec pilnował jej niczym cerber.Przygarbionystaruszek o głęboko osadzonych oczach, z mysim warkoczykiem z tyługłowy, trząsł się konwulsyjnie na stołku w kącie pokoju, lecz ani nachwilę nie spuścił jej z oka.polgaraouslandascA Lian, ubrana w świeżo odprasowaną tunikę, z gładką, niegorejącąod pary twarzą, była jeszcze piękniejsza niż poprzedniego dnia.Włosyupięła w wysoki węzeł, przytrzymywany szerokim grzebieniem z kościsłoniowej.Jedno cienkie pasmo wymknęło się spod kontroli i spływałowdzięcznie na piersi.- Sprawiliśmy wam ogromny kłopot - przywitał się Tom uprzejmie.- To żaden kłopot - odparła, nie podnosząc oczu.- Jestem pewien, że to był kłopot - Tom zniżył głos, żeby ojciec niesłyszał, i dodał: - Dziękuję.Skinęła głową, ale nie podniosła wzroku.- Twój ojciec jest chyba ciężko chory.- Dzisiaj nie będzie miał okazji odpocząć.Mężczyzna w kąciewyrzucił z siebie potok chrapliwych słów w dialekcie kantońskim.Dziewczyna zarumieniła się.- Muszę zainkasować należność - powiedziała zażenowana iwymieniła uzgodnioną sumę.Tom zwlekał z zapłatą, udając, że szuka drobnych.- Wypływam dziś w morze.Pewnie cię tu nie zastanę, kiedy wrócę.Powiedz mi przynajmniej, jak się nazywasz, żebym wiedział, jakimimieniem przywoływać cię w myślach.- Dlaczego miałby pan o mnie myśleć? - Lian zniżyła głos do szeptu.- Ja się nazywam Tom Robeson - odparł, unikając odpowiedzi iostentacyjnie wywracając kieszenie.- A ty?Dziewczyna zawahała się i zerknęła na niego przelotnie, jeszczebardziej zarumieniona i spłoszona.- Lian.- Co to znaczy?- Po angielsku to Willow, wierzba.- Willow -powtórzył jak echo Tom, smakując to słowo i uśmiechającsię serdecznie.- Pasuje do ciebie.- Może.Matka mówiła, że zawsze powinnam się pochylać.Starzec znów wyszczekał kilka ostrych rozkazów.Lian westchnęłaleciutko i zgarnęła monety.- Ojciec mówi, że musisz już iść.Nie wiedział, co jeszcze dodać.Prawdopodobnie dziewczynę taką jakpolgaraouslandascLian czekał w Broome los służącej lub prostytutki.Może będzie dla niejlepiej, jeśli wróci do rodzinnego kraju, gdzie przynajmniej zajmienależne miejsce w lokalnej społeczności.- Niech ci się szczęści w podróży, Lian - powiedział.- Niech ci się w życiu darzy, Tom - odparła i podniosła na niegojasne, pełne smutku spojrzenie.Patrzyli się na siebie dłuższą chwilę, wy-wołując tym ponownie niezadowolenie starca.Przerwał im kilkomakrótkimi zdaniami, a wtedy Tom zabrał tobołek z praniem i wyszedł, nieobejrzawszy się za siebie.Teraz szczegółowo rozpamiętywał tę scenę.Zastanawiał się, czym teżLian tak mocno poruszyła jego serce, skoro jak dotąd żadnej z kobiet sięto nie udało.Z pewnością żal mu było dziewczyny, podziwiał też jejurodę.Drążyły go jednak uczucia o wiele silniejsze niż współczucie iupodobanie.Coś go do niej nieodparcie ciągnęło od chwili, kiedyspojrzeli sobie w oczy.Wtedy, tuż przed odejściem, zapragnął nagledotknąć jej policzka.Do diabła, pragnął porwać ją w ramiona, uprowa-dzić z tej zatęchłej nory i rozpocząć nowe, wspólne życie!Nie zrobił tego jednak.Odszedł.Czy gdyby zastał ją w Broome popowrocie, byłoby go stać na powtórne odejście? Nie był człowiekiemskorym do wzruszeń i uniesień.Mimo to pragnął całą duszą zawrócićstatek i popłynąć z powrotem do Broome.- Willow - szepnął cichutko, wsłuchując się w dzwięk tego słowa.Kobieta, której nakazano pokornie się pochylać niczym płaczącejwierzbie, miała mu towarzyszyć w czasie całej jego podróży.Archer pogardliwie traktował pracę, którą wykonywał.Bardziej niżte, których poprzednio się imał.Kilka dni po wypłynięciu z Broome Odyseja", wlokąc za sobą stado krzykliwych mew, dotarła w okoliceEighty Mile Beach, gdzie Garthowi poszczęściło się w tym sezonie jużwcześniej.Juan niecierpliwie wyczekiwał momentu, kiedy znowuzanurzy się w głębinie, a Bernard, do którego należało pilnowanie lin,kiedy Juan schodził pod wodę, uważał, że łowisko jest bezpieczne i żetakże ta wyprawa okaże się owocna.Mimo to pierwszego dnia połów był nader skromny.Wyłowionemuszle zostawiono na noc na pokładzie, a rankiem Tom i Archerspecjalnymi toporkami zaczęli obłupywać je z morskich narośli.Potempolgaraouslandascnożami o wąskich ostrzach uczyli się otwierać skorupy tak, by nieuszkodzić ukrytych w nich klejnotów.Archer odczuwał dreszczyk emocji przy każdym patroszonym małżu.Lecz po trzech tygodniach, kiedy nie znalezli ani jednej perły, emocjeopadły.Pozostała jedynie obrzydliwa robota, ohydny smród i śliskie,splugawione dłonie, które nigdy nie chciały się doszorować.Lugier też się zmienił.Stos suszących się, cuchnących muszli zalegałna pokładzie.Skorupy były gotowe do pakowania i sprzedaży w porciew Singapurze.Nimi też handlowano, ale za ich przyczyną w ładowniachrozpleniły się tysiące nowych, spasionych karaluchów, a stęchły, morskiodór nie pozwalał zaczerpnąć oddechu.Ustawiczne skrzypienie i huśtanie statku, wymuszona bezczynność inieznośna nuda doprowadzały Archera do krańcowej frustracji.Nie mógłuwolnić się od wrażenia, że życie przecieka mu przez palce.Jedząc,śpiąc i pracując z bandą oberwańców, których języka ni w ząb nie rozu-miał, cierpiał i dręczył się ponurymi myślami.Wydawało mu się, że jegomarzenia bezpowrotnie ulatują w bezkresną dal.Wierny druh i kompan nie podzielał ani nie rozumiał jego uczuć.Przeciwnie, promieniał z radości, uśmiechał się do wszystkich, a napokładzie było mu całkiem wygodnie.Członkowie załogi lubili go iszanowali, zaś dzięki wspaniałomyślności Juana miał właśnie po razpierwszy zejść pod wodę.- Hej, Archer! - zawołał, otoczony grupką marynarzy.- Chodz no tui pomóż mi!Archer powlókł się niechętnie, nie mając nic ciekawszego do roboty.- Jesteś pewien, że chcesz nurkować?- Najwyższa pora spróbować - odparł raznie Tom, podczas gdy Juanowijał go flanelową płachtą.- Po co tracić bezproduktywnie czas?Dopiero jutro popłyniemy na inne łowisko, więc dlaczego dziś niewykorzystać okazji?- Tylko nie zgub się tam gdzieś na dole - odburknął Archer.- Mamyważniejsze sprawy na głowie niż jakieś głupie zabawy.- Pierwszy raz nie powinien być długo pod wodą - wtrącił Juan.-Wyciągniemy go, nawet jak się będzie opierał.Toma ubrano w dwie flanelowe piżamy, wełniane spodnie i sweterpolgaraouslandascoraz wysokie wełniane skarpety, sięgające do połowy ud.Mimo że napowierzchni panował męczący upał, pod wodą było zimno i nie sposóbbyłoby wytrzymać dłużej bez okrycia.Tom cierpliwie poddawał sięwszystkim zabiegom, ufny w doświadczenie Juana.Ten wkładał muwłaśnie kombinezon.Wetknął stopy Toma w otwory nogawek ipodciągnął całość stroju na ramiona.Wyciągnął jego dłonie zzatłuszczonych, gumowych mankietów i skrupulatnie pozapinałzatrzaski ciężkiego, gumowego kołnierza
[ Pobierz całość w formacie PDF ]