[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zmarszczyłem brwi i postanowiłem jeszcze raz dogłębnie przemyśleć sprawęzaangażowania się w ten śliski interes.LeMat uśmiechnął się rozbrajająco.- Uwierz mi, Jack, takie rzeczy są w światku konsultingowym na porządkudziennym.Klienci chcą zachować anonimowość, a konsultanci wolą chronić swoichzleceniobiorców i zródła tajnych informacji.Dopóki nie podpadnie się w urzędzieskarbowym i będzie terminowo opłacało wszelkie składki, w naszej robocie nikt nieznajdzie niczego niezgodnego z prawem.- No tak, ale.Uśmiechnął się jeszcze szerzej i klepnął mnie w ramię.- Zostaw mi takie szczegóły, Jack.Wykonam zaraz kilka telefonów i przygotujęci grunt.Spotkamy się wieczorem w klubie.Odpowiada ci siódma?- Jasne.- Och nie, chwileczkę.T shombe! Obrzucił mnie uważnymspojrzeniem.- Coś się stało?Dla odmiany i ja się uśmiechnąłem.- Nie, nic.Tyle tylko, że.Dzisiaj nie mogę.Jestem już umówiony.Mamrandkę.No proszę! Wreszcie się dowiedziałem, jakie wiadomości potrafią wywołać uLeMata wyraz osłupienia na twarzy.- Ty wstydliwy kundlu! - huknął, wyszczerzywszy zęby w uśmiechu, po czym takmnie grzmotnął w plecy, że omal nie zaryłem nosem na jego podjezdzie.- A więc dziświeczorem przemieniasz się w Prawdziwego Dzikusa! Wybierasz się podziemnymtunelem do Raju! Płyniesz skórzanym kajakiem do Stolicy Tuńczyków! - Uścisnąłmoją dłoń i potrząsnął nią tak energicznie, że omal mi nie zrzucił zegarka.- Zapomnijo klubie, chłopcze! Idz szukać swojego szczęścia! To rozkaz, żołnierzu! Dzisiaj ja sięzajmę twoimi sprawami, a jutro zdasz mi szczegółowy raport ze swojej randki!Jeszcze raz poklepał mnie po plecach i siłą wepchnął do samochodu.Uruchomiłem toyotę, wycofałem z podjazdu i skręciłem na ulicę.We wstecznymlusterku widziałem LeMata stojącego na chodniku - wyszczerzył zęby w uśmiechu,pomachał mi dłonią, huknął parę razy, uniósł w górę zaciśniętą pięść i popompowałręką w powietrzu, nim zniknął mi z oczu za zakrętem.No cóż, muszę przyznać, że aż do tej chwili myślałem o umówionym spotkaniuz T shombe wyłącznie pod kątem zasadniczego pytania, czy uda mi się z niej ściągnąćmajtki.Ale cała ta mięśniacko-szatniarska gadka LeMata sprawiła, że poczułem siępodle.Jak ostatnia gnida.A najbardziej mnie dotknęło, że nawet w myślach nieokazywałem jej szacunku, na któryDARLENE FRANECKIzasługiwała.Znana też jako Niewiarygodny ChodzącyBank Spermy".%7łarliwy związek połączyłBo ty zawsze byłeś taki wstydliwymnie z panną Franecki w ostatniej klasiewobec bab, wytknęło mi natychmiast mojeszkoły średniej.Zaczęło się od zawalonejprzez nią klasówki z algebry, a skończyło nasarkastyczne drugie ja.Z tego powoduodkryciu, że wiedza matematyczna nieprzed maturą kończyłeś na trzymaniu się zaprzenosi się wraz z płynami ustrojowymi.Pózniej Darlene zainteresowała się hokejem,rączki, podczas gdy Literoświrusy zaliczałyprzez co drużyna szkolna - naprawdę caładrużyna - zgłosiła się do wyborów prezesaStowarzyszenia Przyszłych ZdrowychAmerykańskich Matek, oddziałuterenowego w Mounds Park.niemal każdą dziewczynę.I pewnie do dziś byłbyś prawiczkiem, gdyby nie DarleneFranecki.Właśnie dlatego ten arogancki wirtualny łobuz, MAX_KOOL, prowadziżycie seksualne, a ty nie.Kobiety kłamią w tych sprawach, nawet w sekrecie żadna sięnie przyzna, że dużo bardziej ją kręci mięsniak-półgłówek, który ją traktuje jakśmiecia.Może i tak jest, ale to nie w moim stylu, odpowiedziałem mojemu drugiemu ja,ucinając wszelkie dyskusje i zająłem się rozmyślaniem, czy starczy mi czasu, by oddaćmarynarkę do pralni chemicznej.Zroda, siódma wieczorem.Stałem na parkingu restauracji na roguWarnera i autostrady 61, oparty o maskę swojej toyoty, podziwiałem zachód słońcanad oczyszczalnią ścieków Harriet Island i napawałem się podniecającymi zapachamitego pięknego wiosennego wieczoru.Oczywiście wiatr wiał ze wschodu.Kiedy południową nitką autostrady przemknął klucz migrujących harley-davidsonów, zostawiając za sobą dudniące echo nie zabezpieczonych tłumikami rurwydechowych, odkleiłem tyłek od maski samochodu, otrzepałem spodnie i po razkolejny spojrzałem na zegarek.Była 7.17.T shombe nigdy się nie spózniała.Z drugiej strony często ze mnie drwiła, gdypracowaliśmy razem, istniało więc całkiem realne prawdopodobieństwo, że znówwymyśliła jakiś zwariowany kawał, żeby mnie ostatecznie pognębić.Nie musiałem zbytnio wysilać wyobrazni, by oczyma duszy ujrzeć Franka, Bubui T shombe na ławce w parku po drugiej stronie rzeki, przyglądających mi się przezlornetkę i zrywających boki ze śmiechu.Już sama myśl, że była zdolna mnie takwystawić, sprawiła, że coś mnie ścisnęło w dołku.Znów spojrzałem na zegarek, po czym wygładziłem na sobie świeżo upraną iuprasowaną sportową marynarkę, ułożyłem rozpięty pod szyją kołnierzyk nie mniejstarannie wyprasowanej koszuli i podjąłem decyzję, że daję T shombe jeszcze dziesięćminut.Najwyżej piętnaście.Moją uwagę przyciągnął głośny pisk opon.Podskoczyłem w miejscu jak pajacna sznurku i ujrzałem wyskakującego zza zakrętu najnowszego chevroletalandbarge'a.T shombe wpadła na plac parkingowy i wykręciła, ani trochę niezmniejszając prędkości.Wreszcie wcisnęła hamulec i z piskiem opon zatrzymała wóztuż przed (wypolerowanymi do połysku) czubkami moich pantofli, otworzyła drzwi zprawej strony i krzyknęła:- Wskakuj!Usłuchałem.Nie zdążyłem jeszcze zatrzasnąć drzwi, gdy wrzuciła wsteczny biegi puściła sprzęgło.Kurz poszedł spod kół.Samochód podskoczył na krawężniku.Wypadliśmy z parkingu na ulicę zawieszeni nad siedzeniami, blisko punktuzrównoważenia grawitacji przez siłę odśrodkową.Jak na filmie T shombe obróciławóz w poślizgu, zmieniła biegi i wcisnęła gaz do dechy.Wystrzeliliśmy prawym pasemWarner Road jak przysłowiowy grom z jasnego nieba.Mimo woli zwróciłem uwagę, żechevrolet dysponuje zadziwiającą mocą i gdyby nie wycie silnika na najwyższychobrotach, podróżowałoby się w nim tak komfortowo, jak w trzydziestostopowymjachcie klasy ChrisCraft.- Przepraszam za spóznienie! - wrzasnęła T shombe, przekrzykując piekielnyhałas.Zacząłem gorączkowo szukać pod sobą końcówek pasów bezpieczeństwa,zupełnie jak moja mama, gdy zapalony papieros wypadnie jej z ust między nogi.-Jechał za mną jakiś facet białą mazdą i musiałam trochę pokluczyć, żeby go zgubić!Rozpoczęła przypominający taniec ze śmiercią slalom wokół śmieciarki, poczym szarpnięciem wprowadziła wóz w wąską przestrzeń na lewym pasie międzyfurgonetką a zbliżającą się dwupoziomową ciężarówką do przewozu samochodów.Dopiero wtedy na nią zerknąłem; chciałem przed kraksą po raz ostatni spojrzeć jej wtwarz.Siedziała mocno zaparta w fotelu, zaciskając obie dłonie na kierownicy, z grubouszminkowanymi na czerwono wargami rozchylonymi w wyrazie nerwowegopodniecenia
[ Pobierz całość w formacie PDF ]