[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wujek Pa Keatingprzynosi piwo, whisky i niewielkie sherry na wrażliwy żołądek cioci Aggie, a ciocia przynosiciasto z rodzynkami, które sama upiekła.Opat przynosi sześć butelek piwa. W porządku, Frankie, możecie pić pod warunkiem, że zostawicie dla mnie jedną czydwie butelki, żeby mi było łatwiej zaśpiewać.Zpiewa Drogę do Rasheen.Trzyma w ręku butelkę, zamyka oczy, a piosenka wydaje sięprzeciągłym jękiem na wysokiej nucie.Słowa nie mają żadnego sensu i wszyscy sięzastanawiają, dlaczego spod jego zamkniętych powiek płyną łzy. Dlaczego on płacze nad piosenką, która w ogóle nie ma sensu? szepcze do mnieAlphie. Nie wiem.Opat kończy śpiewać, otwiera oczy, wyciera policzki i wyjaśnia, że to smutna opowieść oirlandzkim chłopcu, który pojechał do Ameryki, postrzelili go gangsterzy i zmarł, zanimzdążył dotrzeć do niego ksiądz.Ostrzega mnie, żebym nie dał do siebie strzelać, kiedy niebędzie w pobliżu księdza.Wujek Pa twierdzi, że nigdy nie słyszał smutniejszego utworu, czy nie dałoby sięzaśpiewać czegoś weselszego? Namawia mamę, a ona się wzbrania: Och, nie, Pa, nie starczy mi tchu. Daj spokój, Angela, śpiewaj. Dobrze, spróbuję.Wszyscy śpiewamy refren jej rzewnej piosenki.Gdziekolwiek w kwiecie znajdziesz się,Matczyna miłość dosięgnie cię,Więc ciesz się nią, dopóki trwa,Dopóki żyje matka twa.Wujek Pa twierdzi, że jedna piosenka gorsza od drugiej, że robimy z tego wieczoru stypę.Czy jest szansa, że ktoś zaśpiewa coś wesołego, czy też przyjdzie się upijać na smutno? O Boże! woła ciocia Aggie zapomniałam.Teraz jest zaćmienie Księżyca.Stoimy na uliczce, obserwując, jak Księżyc znika za czarnym kulistym cieniem. Frankie, to dobry znak na twój wyjazd do Ameryki mówi wujek Pa. O nie poprawia ciocia Aggie to zły znak.Czytałam w gazecie, że Księżyc sięprzygotowuje na koniec świata. Koniec świata, też coś kpi wujek Pa. Dla Franka McCourta to początek.Wróci zakilka lat w nowym garniturze, obrośnięty tłuszczem jak każdy jankes, mając u boku urocządziewczynę o białych zębach. Och, nie, Pa, nie! protestuje mama.Zabierają ją do domu i pocieszają kropelką sherryz Hiszpanii. Irlandzki Dąb wypływa z Corku póznym popołudniem, mija Kinsale i przylądek Clear.Jest już zupełnie ciemno, kiedy migają światła Mizen Head, ostatniego kawałka Irlandii, jakizobaczę Bóg wie za jak długo.Niewątpliwie powinienem był zostać, zdać egzaminy na poczcie, wznosić się poszczeblach drabiny.Zarobiłbym dosyć pieniędzy, żeby Michael i Alphie mogli chodzić doszkoły w prawdziwych butach i z pełnymi brzuchami.Moglibyśmy się przeprowadzić zuliczki na ulicę, czy nawet aleję, gdzie przy domach są ogrody.Powinienem był przystąpić dotego egzaminu, a mama już nigdy nie musiałaby wypróżniać nocników pana Slineya aniniczyich.Teraz za pózno.Jestem na statku, Irlandia odchodzi w ciemność.Głupio tak stać napokładzie, rozmyślając o O Riordanie, o Limerick, o Malachym i ojcu w Anglii, a jeszczegłupsze jest to, że przez głowę przelatują mi piosenki o Roddym McCorleyu, który maumrzeć; w mojej pamięci mama wzdycha na wspomnienie tańców w Kerry, a biedny panClohessy kaszle na łóżku.Teraz znów marzę o Irlandii; przynajmniej jest tam mama i bracia, iciocia Aggie, choć taka zła, i wujek Pa, który postawił mi pierwszy kufel, i pęcherz tak bliskomoich oczu.Obok mnie na pokładzie stoi ksiądz i widać, że jest bardzo zaciekawiony.Pochodzi z Limerick, ale mówi z amerykańskim akcentem nabytym w ciągu wielu latspędzonych w Los Angeles.Wie, co to znaczy opuszczać Irlandię, sam przecież to zrobił inigdy nie zapomniał tej chwili.Mieszka w Los Angeles pełnym słońca i palm, gdzie prosiBoga choć o jedną chwilę delikatnej mżawki z Limerick.Ksiądz siada obok mnie przy stole pierwszego oficera, który informuje nas, że zmienionokurs i statek zamiast do Nowego Jorku płynie do Montrealu.Po trzech dniach znowu następują zmiany.Jednak płyniemy do Nowego Jorku. Cholerni Irlandczycy.Nie mogą się na nic zdecydować narzekają trzej amerykańscypasażerowie.Na dzień przed zawinięciem do Nowego Jorku w planach ponownie wprowadzonopoprawki.Płyniemy w górę rzeki Hudson do miejscowości zwanej Albany. Albany? Przeklęte Albany! Dlaczego musieliśmy płynąć na tej przeklętej irlandzkiejłajbie? Cholera! powtarzają Amerykanie.Ksiądz radzi, żebym nie zwracał na to uwagi.Nie wszyscy Amerykanie są tacy
[ Pobierz całość w formacie PDF ]