[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Chance wyprowadził Amandę i Polly z cmentarza.Nic wprawdzie nie powiedział, ale widok Emilyw szafie zrobił na nim wielkie wrażenie.Wyobrażałją sobie żywą w otoczeniu rodziny i dzieci.Na wewnętrznej stronie drzwi szafy zauważył zadrapania,świadczące o tym, że usiłowała się wydostać.Jakiecierpienia musiała przejść! Coś jednak nie dawało muspokoju.Wiedział, że już przyszła pora, by opuścićmiasto, ale, choć mogło się to wydawać szaleństwem,czuł, że musi zbadać, co się zdarzyło w Springtown.Przez następny tydzień trwały poszukiwania złota,ale okazały się bezowocne.Chance traktował Amandę jak dobrego kompana, a ona miała coraz bardziejtego dosyć.Zmagała się ze sobą, serce wprost rwałosię jej do Chance'a, marzyła, by znalezć się w jegoramionach, smakować jego pocałunki, cieszyć siępieszczotami.Spalała ją tęsknota i pożądanie, alebezpieczeństwo Chance'a było ważniejsze, a grozbyJacka zamknęły jej usta.Mimo przerażającego odkrycia Amanda nie przeniosłasię do innej sypialni.O dziwo, w tym pokoju nadal czułasię bezpiecznie, a Jack nigdy do niego nie wchodził, choćnic go nie powstrzymywało, gdy znajdowała się w jakimkolwiek innym pomieszczeniu.Nie była pewna, co to oznacza, ale w końcu znalazła sposób na Jacka.Mimo całego poczucia beznadziei myślała, że może jakoś uda jej się wyjechać z Polly i Chance'em.Bardzo chciała w to wierzyć, wiedziała bowiem, żepo ich wyjezdzie jedynym jej towarzyszem będzieupiorny Jack Quigley.Rozdział piętnastyAmanda weszła do saloniku w domu Chance'a i zezdziwieniem skonstatowała, że Polly również jestw spodniach i koszuli.- Będę pomagać w poszukiwaniach - oświadczyła z dumą Polly, zanim Amanda zdążyła zrobić uwagęna temat stroju przyjaciółki.- Poprosiłam Chance'ai przyniósł to ze sklepu bławatnego.- Wsadziła rękęza pasek spodni.- Gdyby nie szelki, to pewnie spodnie by opadły.Dziwnie się w nich czuję.- A co z sumakiem jadowitym?- Chance znalazł też jakiś olej do posmarowaniaskóry.Powiedział, że postara się, żebym się nie zbliżała do żadnych krzaków.Amanda spojrzała w stronę okna.- Gdzie on jest?- W mieście.Mówił, że musi coś sprawdzić.Mamy się z nim spotkać przy studni.- To chyba powinnyśmy już iść.- Amando, ja specjalnie wysłałam go przodem.- Dlaczego?- Pomyślałam sobie, że może chciałabyś z kimśporozmawiać.Nie rozumiem, co się dzieje międzytobą a Chance'em.On się zachowuje jak gbur,a ty masz cienie pod oczami.Jeśli podobaciesię sobie, to na czym polega problem? Czy chodzio Jacka?- Jack zapowiedział, że jeśli ostatecznie nie zerwęz Chance'em albo jeśli będę próbowała wyjechać zeSpringtown, to zabije nas wszystkich.- Mógłby to zrobić? - wyszeptała przestraszonaPolly.- Nie powinnam ci tego mówić.- Amando, musisz to powiedzieć Chance'owi.Jesteś mu to winna.A potem trzeba się zastanowić, jaksię stąd wyrwać.- Ja nie mogę wyjechać.- Co zamierzasz? Spędzić tu resztę życia?- Nie uda nam się pokonać Jacka.On jest zdolnydo wszystkiego.Ostatniej nocy miałam sen.Teraz gosobie nie przypominam, ale we śnie wiedziałam, jakprzechytrzyć Jacka.Polly wzięła Amandę za rękę.- Chodzmy do Chance'a.Założę się, że znajdziejakieś wyjście.- On uważa, że to wszystko moje wymysły.- Więc będziemy musiały go przekonać.Powiedzmi tylko jedno, zanim wyjdziemy.Kochasz go?- Całym sercem.Nie zastały Chance'a przy studni.- Mówił chyba, że chce się przejść - powiedziałaPolly.- Poczekajmy tutaj.Jestem pewna, że ladachwila się zjawi.- Usiadła na kamiennej cembrowi-nie.- Nienawidzę czekać, ale jeszcze bardziej nienawidzę stać.Amanda przeszła na drugą stronę studni, żeby obserwować drogę.Niepokoiła się o Chance'a.Od rana towarzyszyło jej jakieś dziwne przeczucie nieszczęścia.- Jaki chłodny ten wiatr - zauważyła Polly.Amanda odwróciła głowę w jej stronę i przeszył jąstrach.- Nie! - wykrzyknęła na widok Jacka Quigleya,który szedł w stronę Polly.Kiedy uświadomiła sobie,że przyjaciółka zamarła z przerażenia i nie możeuciec, rzuciła się biegiem, by ją ochronić.Kątem okadostrzegła szatański uśmieszek na ustach Jacka, którynie śpiesząc się wcale, schwycił Polly za nogę i wepchnął do studni.Amanda słyszała jej krzyk, ale możeto ona sama krzyczała.Zachwiała się, a potem straciła przytomność.- Amando! Amando!Na dzwięk swojego imienia, który docierał do niejjak przez mgłę, wolno uniosła powieki.Chance,wyraznie przestraszony, pochylał się nad nią i uspokajająco poklepywał ją po rękach.- Polly, Polly - zaszlochała Amanda.- Co się stało?- Jack.Jack ją zabił.Wrzucił ją do studni.-Amanda oderwała się od Chance'a.- Może jeszczeżyje! Musisz zejść do studni.- Amando, coś ci się śniło.- Odgarnął jej włosyz twarzy.- Zniło? Nie! Ja.- Nagle uświadomiła sobie, żeleży w nocnej koszuli we własnym łóżku.Zdyszana Polly wpadła do pokoju.- Nic jej nie jest?- Nie.Miała tylko zły sen.Choć po twarzy Amandy dalej spływały łzy, odczuwała niezwykłą ulgę.- Twoje ubranie - szepnęła po chwili.- Powiedziałaś, że łatwiej się poruszać w spodniach, więc Chance mi to przyniósł.Czekaliśmy naciebie, ale ponieważ bardzo się spózniałaś, on nalegał, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.Kiedy weszliśmy do domu, usłyszeliśmy twój krzyk.Chance wbiegł po schodach dużo szybciej ode mnie.- Czujesz się lepiej? - dopytywał się Chance, aw jego oczach widać było troskę.- Nic mi nie jest - zapewniła Amanda.- Ubioręsię.- Jednak wcale nie czuła się dobrze.Sen niąwstrząsnął, a widok Polly w męskim stroju jeszczebardziej wystraszył.Chciała jakoś przekonać Pollyi Chance'a, żeby zrozumieli, co zamierza Jack.Alejak to zrobić, skoro oni jej nie wierzą?- Może jednak odpoczniesz? Pójdziesz z namijutro.- Muszę iść z wami.- Potarła dłonią głowę, którawprost pękała jej z bólu.Kiedy Chance się odsunął,wstała z łóżka.- Poczekam na dole - oznajmiła Polly, zmierzającw stronę drzwi.- Nie! - wykrzyknęła Amanda.Jeśli zatrzyma jąblisko siebie, może będzie bezpieczna.Zciągnęłaz krzesła spodnie i koszulę i zaczęła się ubierać.Polly spojrzała na Chance'a.Wydawał się równieniepewny jak ona sama.- W porządku, jestem gotowa.- Amanda podeszła do Polly i wzięła ją za rękę.Po dość długiej wspinaczce dotarli do pierwszegoszybu, który zaznaczyli sobie na planie.Amandai Polly zostały przy wejściu, a Chance wszedł dośrodka z zapaloną latarnią.Po kilkunastu metrach natknął się na zaporę z belek i postanowił zawrócić.- No i co? - spytała Polly, gdy się pojawił.- Jeśli nawet coś tu jest, nigdy do tego nie dotrzemy.Poszukajmy następnego.W ten sposób minął dzień.Czasami wszyscy trojewchodzili do szybu, ale nigdy nie dalej niż kilka stóp.Cofali się albo z powodu słabych stempli, albo ślepych zaułków.Chance był dobrze przygotowany dowyprawy.Oprócz latarni niósł w plecaku sznurek,gwozdzie i młotek, żeby oznaczać drogę.Bacznie obserwował Amandę.Gdziekolwiek byli, nie oddalałasię od Polly i cały czas ją przestrzegała.Amanda niepokoiła się o przyjaciółkę, a tymczasem Chance martwił się o nią
[ Pobierz całość w formacie PDF ]