[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Za dziesięć dni mieli być w Fenidong.Koniasz już nie odzyskał przytomności i ewidentnie umierał.Umwaldowi było przykro, ale owiele większe wrażenie wywarła na nim śmierć Krystyny i ludzi w kanionie.Ponieważ nie zostały mu żadne pieniądze na jedzenie, był zmuszony pomagać załodzejako chłopiec okrętowy.Nie była to taka najłatwiejsza praca, ponadto musiał wypełniaćwszystkie rozkazy prostackiego bosmana i znosić nieokrzesane żarciki pozostałychmarynarzy.Jednak nie wydawało mu się to wcale trudne.- Co tam, młody, robi ci się niedobrze? - krzyknął na niego drwiąco bosman ze swojegomiejsca na przednim pokładzie.- Nawet nie.Nie mogłaby ta łódeczka płynąć przynajmniej trochę szybciej? - Umwaldzrobił pogardliwy grymas.Swoją uwagą zasłużył sobie na dwugodzinne ćwiczenia umiejętności marynarskich,zaczynając od błyskawicznego zwijania i rozwijania żagli, a na dokładnym szorowaniubiałych desek pokładu kończąc.Nie przeszkadzało mu to, pomagało nie myśleć o przeszłości.***Lucy Lou siedziała w swoim apartamencie i układała pasjansa.Przed chwilą wyszła złazni, ubrana była tylko w cienki jedwabny szlafrok, bose nogi miała oparte na podnóżku zdelikatnej sobolej skóry, obok kart na niskim stoliku stał zroszony kieliszek z winem.Przezotwarte okno do pokoju wpadał wilgotny aromat letniego wieczoru.Zazwyczaj w lecie Lucychowała się przed zapachem miasta, dziś jednak trochę popadało i rześki wiatr przywiał narozpalone ulice świeże powietrze nasycone zapachem żywicznych sosen.Odłożyła ostatnią kartę i napiła się.Pasjans udał jej się jak rzadko kiedy.Zdmuchnęłaświeczki i w zamyśleniu wyjrzała na zewnątrz, żeby zobaczyć, ile jeszcze czasu do zmroku.Nagle na gzymsie pojawiła się brudna, obtarta ręka, palce złapały za ramę, wynurzyła sięrównież druga dłoń.Lucy wstała z fotela i zdjęła ze ściany swój ulubiony kańczug.Pokrótkiej przerwie w oknie pojawiła się też głowa.Nieoczekiwany gość tylko zajrzał dopomieszczenia i ewidentnie nie zauważył Lucy Lou w półmroku.Lucy z zainteresowaniem ibez lęku obserwowała nieznajomego śmiałka.Wiedziała, że wystarczy jeden cios ciężkimkańczugiem i ów człowiek spadnie.Upadek z wysokości trzeciego piętra załatwi resztę.Najpierw myślała, że nieznajomy gość jest mężczyzną, potem odkryła, że to chłopiec, i wkońcu stwierdziła, że to młody człowiek, który jest na granicy wieku młodzieńczego imęskiego.Kilka razy wdrapywał się aż na parapet, ale potem znów wychylał się w dół irozmawiał z kimś stłumionym głosem.Nie rozumiała tego, ale rozpoznawała jegouspokajający ton.Jak na złodzieja zachowywał się dziwnie, dlatego zaniechała na razieswojego ciosu kańczugiem.W końcu młody chłopak po raz drugi zajrzał do pomieszczenia itym razem ją zobaczył.- Pani, proszę mnie nie zrzucać na dół, przysyła mnie Koniasz.Nie chcę, żeby ktoś z panipersonelu mnie widział, dlatego włażę oknem.Lucy Lou stała zdziwiona.- Mogę wejść?- Pewnie.- Skinęła głową.Chłopak zręcznie przeturlał się przez parapet i przysiadł na dywanie.- Uff - westchnął z ulgą i wstał.- Nazywam się Umwald i potrzebuję pieniędzy, żebymmógł zapłacić doktorowi Alamo, potrzebuję również domu dla Harolda i Rosetki i.- zaplątałsię we własne słowa.Lucy Lou poważnie mu się przyglądała.- Spróbuj od początku, krótko i jasno, tak? Wygląda na to, że nie mamy zbyt dużo czasu.Podetknęła mu karafkę z wodą.Umwald łapczywie się napił i skinął głową.- Oczywiście, pani.Wolę zacząć zupełnie od początku.Mówił zwięzle, ale jednocześniestarał się, żeby nic ważnego nie opuścić.Lucy Lou słuchała i bacznie obserwowała.Umwaldnie zauważał jej badawczego spojrzenia, skoncentrował się tylko na swoim monologu.- Kochał ją? A ona umarła z wyczerpania, kiedy ciągnęliście go przez góry? - Lucy Lou wpewnym momencie przerwała opowieść.Umwald się zamyślił.- Myślę.myślę, że ją kochał i ona go również.Tylko nie spotkali się we właściwymczasie.Lucy Lou skinęła głową, jakby było dla niej zupełnie jasne, co to znaczy, i Umwald chciałkontynuować.- Umwald! Ty o nas zapomniałeś? - rozległo się z zewnątrz szeptem.- A to co znowu? - spytała podejrzliwie Lucy.- Do tego jeszcze nie dotarłem - powiedział Umwald.- Harold z Rosetką.Koniasz paniąprosi, żeby się pani nimi zajęła.Podał Lucy Lou kartkę, którą żołnierz napisał, zanim stracił przytomność.Kobieta wzamyśleniu oglądała kawałek papieru z prawie nieczytelną wiadomością.- Zrobię wszystko, o co mnie prosiłeś.Ale zorganizuję to sama.Zanim wymyślimy cinową tożsamość, będziesz miał areszt domowy.Niektórzy ludzie wiedzą, że pojawiałeś się wpobliżu Koniasza, a to dziś bardzo niebezpieczne.Zawołaj na górę te dwie małe rozrabiaki,które czekają przed domem, niech wejdą głównym wejściem.Potem idz do łazni.Dlapersonelu jesteś moim bratankiem ze wsi.Ja tymczasem zaalarmuję doktora, jak mówiłeś, żesię nazywa? Alamo?Kiedy została sama, dopiła wino i popatrzyła przez okno w gęstniejącą ciemność.- Bałam się, że to się tak skończy - powiedziała do siebie.- Miłość? Honor? Przyjazń?Człowiek nawet nie wierzy, że takie rzeczy jeszcze istnieją.Stała w półmroku, a gdy usłyszała odgłos dziecięcych kroków na schodach, na jejpoważnej twarzy pojawił się uśmiech.Rozdział 9Powrót wilkaKażdemu może się przydarzyć coś podobnego.Rzecz, której często i chętnie używa, naglesię popsuje.Człowiek potem robi wszystko, co możliwe i niemożliwe, żeby ją naprawić.Jeślijest zręczny i nie szczędzi trudu ani czasu, w końcu z reguły mu się udaje.Kiedy jednakpróbuje ponownie użyć tej rzeczy, stwierdza, że to nie to samo.Spinka płaszcza, rękojeśćdłuta rzezbiarskiego, koło garncarskie albo wypróbowana torba nie są już takie jak dawniej,uczucie przyzwyczajenia wynikające z wieloletniego używania znika, jakby podczas naprawypowstała zupełnie nowa rzecz.Takie właśnie wrażenie miałem względem swojego ciała.Stałem nagi w oknie, zimowe powietrze chłodziło mi pierś.Spróbowałem zgiąć rękę włokciu, a potem znów ją wyprostować.Dało się, ale powoli i ciężko, jakbym musiał najpierwpoprosić kogoś obcego, kto dopiero przekazał polecenia mojej własnej ręce.Z zaciśnięciemdłoni w pięść było jeszcze gorzej.To ciało po prostu nie było moje.Wróciłem w myślach do przeszłości.Płonące wozy, zabijane kobiety i dzieci.Widziałemto już wiele razy i nigdy się do takiego widoku nie przyzwyczaiłem.Jednak po raz pierwszyczyniono krzywdę ludziom, którzy polegali na mnie.Ja miałem się nimi opiekować idoprowadzić do miejsca, gdzie mogliby założyć nowe domy.Złapałem się na tym, żezgrzytam zębami.Moje własne problemy wydały mi się nagle o wiele mniej ważne.Niejestem mściwy, ale teraz czułem, że nienawiść otacza mnie jak aura, jak zbroja, że staje sięmoją drugą skórą.Wiedziałem, że ktoś za to wszystko zapłaci.Usnąłem.Następnego dnia rano znów rozmawiałem z doktorem Alamem.Ponownie starał się miwytłumaczyć, że już do końca życia nie wolno mi się w żaden sposób męczyć, a mój stanfizyczny porównywał do niedołęstwa dziewięćdziesięcioletniego starca.Nie kłóciłem się
[ Pobierz całość w formacie PDF ]