[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Kiedy dotarła do Kano, po raz kolejny uderzyło ją, jak bardzo to miasto różni się i od Lagos, i od Nsukki, i od jej rodzinnego Umunnachi, jak bardzo cały Region Północny różni się od Regionu Południowego.Tutaj piasek był drobniutki, szary i spalony słońcem, w niczym nie przypominał czerwonych grud ziemi w jej stronach, drzewa były okiełznane, nie eksplodowały zielenią, która bujnie wyrastała i rzucała cienie na drodze do Umunnachi.Tutaj równiny ciągnęły się całymi milami, zapraszając do intensywniejszego wytężenia wzroku i patrzenia w dal, gdzie zdawały się stykać ze srebrzystobiałym niebem.Na dworcu wzięła taksówkę i poleciła kierowcy zatrzymać się przy targu, bo chciała najpierw przywitać się z wujkiem Mbaezim.Idąc wąskimi uliczkami na targowisku, lawirowała między małymi chłopcami niosącymi na głowach ogromne ładunki, targującymi się kobietami i krzyczącymi handlarzami.Ze sklepu z płytami płynęła głośna muzyka high łife, toteż Olanna zwolniła nieco, żeby zanucić piosenkę Bobby ego Bensona „Taksówkarz”, po czym pospiesznie ruszyła do stoiska wujka.Na półkach rzędem stały wiadra i inne artykuły gospodarstwa domowego.– Omalicha! – odezwał się na jej widok.Tak samo nazywał jej matkę: „Piękna”.– Myślałem o tobie.Wiedziałem, że wkrótce nas odwiedzisz.– Dzień dobry, wujku.Uściskali się.Olanna położyła głowę na jego ramieniu; pachniał potem, targowiskiem na świeżym powietrzu, artykułami ustawionymi na zakurzonych drewnianych półkach.Trudno było wyobrazić sobie wujka Mbaeziego i jej matkę wspólnie dorastających jako brat i siostra.I to nie tylko dlatego, że w twarzy wujka, o jasnej karnacji, nie było ani śladu urody jej matki, ale również dlatego, że tego człowieka cechowała naturalna prostolinijność.Czasami Olanna zastanawiała się, czy podziwiałaby go tak bardzo, gdyby tak znacznie nie różnił się od jej matki.Kiedy do niego przyjeżdżała, wujek Mbaezi zawsze siadał z nią po kolacji na podwórzu i opowiadał rodzinne nowinki: a to niezamężna córka jakiegoś kuzyna zaszła w ciążę i wujek chciał, żeby przyjechała do nich i z nimi zamieszkała, dzięki czemu mogłaby uniknąć złośliwości w swojej wiosce; a to bratanek zmarł tutaj, w Kano, i wujek szukał najtańszej możliwości przetransportowania ciała do domu… Czasami mówił o polityce: co Związek łbów organizuje, oprotestowuje czy też dyskutuje.Członkowie związku spotykali się na jego podwórzu.Była obecna na kilku takich zebraniach i wciąż jeszcze pamiętała jedno, podczas którego zirytowani mężczyźni i kobiety rozmawiali o tym, że szkoły na Północy nie przyjmują dzieci z ludu Ibo.W pewnym momencie wujek Mbaezi wstał i tupnął nogą.„Ndi be anyi! Rodacy! Sami zbudujemy sobie szkolę! Zbierzemy pieniądze i zbudujemy własną szkolę!”.Po jego wystąpieniu Olanna wraz z innymi klaskała na znak poparcia, wspólnie z nimi skandując: „Dobrze powiedziane! Tak zrobimy!”.Ale martwiła się, że budowa szkoły nie będzie prostą sprawą.Może bardziej praktycznym rozwiązaniem byłoby postarać się przekonać mieszkańców Północy, żeby przyjmowali do szkoły dzieci łbów.I oto zaledwie kilka lat później, jadąc taksówką po Airport Road, mijała Szkołę Średnią Związku łbów.Właśnie trwała przerwa i na szkolnym boisku pełno było dzieci.Chłopcy podzieleni na kilka różnych drużyn grali w piłkę nożną, a Olanna, widząc kilka piłek latających w powietrzu, zastanawiała się, jak oni potrafią rozróżnić, którą piłką rozgrywany jest ich mecz.Zgrupowane bliżej drogi dziewczynki grały woga i swell, rytmicznie klaszcząc w dłonie podskakiwały najpierw na jednej, potem na drugiej nodze.Zanim jeszcze taksówka zatrzymała się przed komunalnymi blokami w dzielnicy Sabon Gari zamieszkanej przez ludność pochodzącą z Regionu Południowego, Olanna dostrzegła ciocię Ifekę siedzącą przy swojej przydrożnej budce.Ciocia wytarła ręce w wyblakłą suknię i uścisnęła Olannę, później cofnęła się, żeby się jej przyjrzeć, i ponownie ją objęła.– Nasza Olanna! – powiedziała.– Ciocia! Kedu?– Czuję się jeszcze lepiej, kiedy cię widzę.– Arize jeszcze nie wróciła z lekcji szycia?– Zaraz powinna przyjść.– Co u niej? O na-agakwa? Radzi sobie z krawiectwem?– W całym domu pełno powycinanych przez nią wykrojów.– A co słychać u Odincheza i Ekenego?– Są u siebie.W zeszłym tygodniu byli tu z wizytą i pytali o ciebie.– Jak traktuje ich Maidiguri? Udało im się rozkręcić działalność handlową?– Nic nie mówili, żeby umierali z głodu – odparła ciocia Ifeka, wzruszając lekko ramionami.Olanna przyjrzała się jej szczerej twarzy i przez krótką, przepełnioną poczuciem winy chwilę żałowała, że Ifeka nie jest jej matką.Ale przecież ciocia Ifeka w niczym nie ustępowała jej matce, w końcu to jej pierś ssały i ona, i Kainene, kiedy wkrótce po ich narodzinach pierś matki wyschła.Co prawda Kainene twierdziła, że pierś matki wcale nie wyschła, tylko matka oddała je mamce – karmiącej cioci, żeby jej piersi nie obwisły.– Chodź, ada anyi – powiedziała ciocia Ifeka.– Chodźmy do środka
[ Pobierz całość w formacie PDF ]