[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Bieg ciÄ…gnÄ…Å‚ siÄ™ bez koÅ„ca.PrzestaÅ‚aju\ nawet rozró\niać warkot helikoptera od wycia wiatru.Jednakgrzmoty stawaÅ‚y siÄ™ coraz gÅ‚oÅ›niejsze.MiaÅ‚a wra\enie, \e ziemiawprost dr\y pod jej stopami.Kolejne bÅ‚yskawice przecinaÅ‚y niebo isprawiaÅ‚y, \e chmury wyglÄ…daÅ‚y niczym rozigrane olbrzymy, któremogÄ… ich w ka\dej chwili zdeptać.MiÄ™dzy kolejnymi bÅ‚yskami robi-Å‚o siÄ™ tak ciemno, \e nie widziaÅ‚a biegnÄ…cego przed niÄ… Charliego.Nagle wiatr szarpnÄ…Å‚ straszliwie i Melanie upadÅ‚a, ryjÄ…c kolanamiw bÅ‚ocie.Na szczęście osÅ‚oniÅ‚a rÄ™kÄ… policzek, dziÄ™ki czemu nie ska-leczyÅ‚a jej Å‚odyga kukurydzy, jednak zostaÅ‚ krwawy Å›lad na przed-ramieniu.Jared upadÅ‚ na niÄ…, mocno jÄ… przygniatajÄ…c.- Nie podnoÅ› siÄ™ - usÅ‚yszaÅ‚a cichy gÅ‚os.PoczuÅ‚a jego Å‚okieć naplecach, jakby chciaÅ‚ zyskać pewność, \e siostra nie wykona \adne-go ruchu.Melanie czuÅ‚a tylko tÄ™py ból.Niepotrzebnie siÄ™ baÅ‚, \e dokÄ…d-kolwiek pójdzie.SÅ‚yszaÅ‚a oddech brata tu\ przy swoim uchu.CzuÅ‚anawet, jak bije mu serce.CzuÅ‚a te\ odór jego potu wymieszany zzapachem kukurydzy i ziemi.A mo\e to byÅ‚ odór strachu?ByÅ‚a pewna, \e wszystko szybko siÄ™ skoÅ„czy.Za chwilÄ™ przeszy-je ich seria z powietrza, taki bÄ™dzie koniec.Nie miaÅ‚o to znaczenia,poniewa\ wiedziaÅ‚a, \e nie wytrzyma dÅ‚u\ej tego bólu.Helikopterprzez chwilÄ™ byÅ‚ tu\ nad nimi, a jednak odleciaÅ‚ tak szybko, jak siÄ™pojawiÅ‚.Nie dostrzegÅ‚a nigdzie Å›wiatÅ‚a policyjnego szperacza.Nie135usÅ‚yszaÅ‚a Å›wistu kul, a tylko kolejny grzmot.Le\eli jeszcze parÄ™ minut, które wydaÅ‚y siÄ™ Melanie godzinami.Jej twarz byÅ‚a umazana ziemiÄ…, bolaÅ‚o jÄ… caÅ‚e ciaÅ‚o, nie mogÅ‚a oddy-chać, a mimo to nasÅ‚uchiwaÅ‚a.DocieraÅ‚y do niej jednak tylko wciÄ…\bli\sze grzmoty.Nawet wiatr siÄ™ uspokoiÅ‚, poruszajÄ…c delikatnieliśćmi kukurydzy.Bez gwaÅ‚townych powiewów, bez wirów.- Odlecieli - stwierdziÅ‚ Jared i odepchnÄ…Å‚ siÄ™ od niej z takÄ… siÅ‚Ä…,\e ugrzÄ™zÅ‚a jeszcze bardziej w miÄ™kkiej ziemi.- Patrzcie, pioruny - powiedziaÅ‚ Charlie.- ZaÅ‚o\Ä™ siÄ™, \e nie mo-gÄ… latać w takÄ… pogodÄ™.PrzyczoÅ‚gaÅ‚ siÄ™ do Melanie.Dopiero teraz zauwa\yÅ‚a, \e wziÄ…Å‚plecak z samochodu, a teraz przyciskaÅ‚ go do piersi, poruszajÄ…c siÄ™miarowo tam i z powrotem.- MyÅ›licie, \e nas zauwa\yli? - dodaÅ‚ jeszcze.- Na pewno widzieli samochód.- Jared wyjrzaÅ‚ nad czubki ku-kurydzy.- Pewnie jest gdzieÅ› niedaleko.- Ale gdzie my jesteÅ›my? - spytaÅ‚a zbolaÅ‚ym gÅ‚osem Melanie.- Zaufajcie mi i trzymajcie siÄ™ blisko.Znowu ruszyÅ‚ przez pole.Melanie i Charliez trudem podnieÅ›li siÄ™ na nogi, by za nim podÄ…\yć.Grzmoty ibÅ‚yskawice wzmagaÅ‚y siÄ™ z ka\dÄ… chwilÄ….Kiedy w koÅ„cu wydostalisiÄ™ z pola, stanÄ™li przed Å›cianÄ… lasu tak gÄ™stÄ…, \e Melanie wÄ…tpiÅ‚a, byznalezli jakÄ…kolwiek drogÄ™ w tej gÅ‚uszy.Pole koÅ„czyÅ‚o siÄ™ ogrodze-niem z drutu kolczastego.WidziaÅ‚a tylko pięć linii drutu, ale kiedyzbli\yÅ‚a siÄ™ do ogrodzenia, poczuÅ‚a ukÅ‚ucie.136Po raz kolejny przypomniaÅ‚a sobie, co mówiÅ‚a jej matka.Wcaleby siÄ™ nie zdziwiÅ‚a, gdyby piekÅ‚o byÅ‚o ogrodzone drutem kolczastymI wÅ‚aÅ›nie wtedy lunÄ…Å‚ deszcz.ROZDZIAADWUDZIESTY SZÓSTY19.10Andrew wyrwaÅ‚ kolejnÄ… kartkÄ™ z notesu, zgniótÅ‚ jÄ… i cisnÄ…Å‚ na sto-sik innych.Jedna zsunęła siÄ™ ze stoÅ‚u i dostawszy siÄ™ w pajÄ™czynÄ™,powiewaÅ‚a smÄ™tnie na wietrze.PajÄ…kowi to nie przeszkadzaÅ‚o.WciÄ…\ tkwiÅ‚ na swoim miejscu.Trzeba byÅ‚o czegoÅ› wiÄ™cej ni\ ka-waÅ‚ka kiepskiej prozy, \eby wypÄ™dzić to stworzenie z domu.Andrew oparÅ‚ siÄ™ o tyÅ‚ krzesÅ‚a, zdjÄ…Å‚ okulary i przetarÅ‚ oczy.Mo-\e nie miaÅ‚o to sensu.Samo miejsce doskonale nadawaÅ‚o siÄ™ do na-pisania powieÅ›ci sensacyjnej, a natura postaraÅ‚a siÄ™ o to, \eby miaÅ‚odpowiedniÄ… sceneriÄ™.Czegó\ jeszcze trzeba, by zaplanować per-fekcyjne morderstwo? Mo\e po prostu straciÅ‚ wenÄ™? Przecie\ niemógÅ‚ wciÄ…\ tego zwalać na zÅ‚amany obojczyk.To prawda, \e bolaÅ‚go przy pisaniu, ale wydawaÅ‚o mu siÄ™ to mniej irytujÄ…ce ni\ twórczaniemoc.PatrzyÅ‚ na pÅ‚omieÅ„ lampy.ZwiatÅ‚o taÅ„czyÅ‚o na pustej kartce.WziÄ…Å‚ jÄ… z sobÄ…, nie zdajÄ…c sobie sprawy z tego, \e burza przyniesie138znacznie szybszy zmrok.PrawdÄ™ mówiÄ…c, nie miaÅ‚ pojÄ™cia, którajest godzina.Ale miÄ™dzy innymi dlatego przyjechaÅ‚ tu pisać.ZawszelubiÅ‚ to poczucie caÅ‚kowitego odosobnienia.SpojrzaÅ‚ dalej, na taflÄ™ jeziora, która zalÅ›niÅ‚a w Å›wietle bÅ‚yskawi-cy.Burza poÅ‚knęła ostatnie półcienie i zasnuÅ‚a krajobraz ciemnoÅ›ciÄ….DostrzegÅ‚ tylko pojedyncze Å›wiateÅ‚ko na przystani na przeciwlegÅ‚ymbrzegu.WiedziaÅ‚, \e dookoÅ‚a jeziora stoi kilkanaÅ›cie innych domków,lecz o tej porze nie mo\na byÅ‚o ich zobaczyć, jeÅ›li wÅ‚aÅ›ciciele niezapalili Å›wiatÅ‚a.Do wczoraj zapewne wszystkie byÅ‚y zajÄ™te, cooznaczaÅ‚o wielkie przenosiny z miasta.Przecie\ wÅ‚aÅ›nie po to byÅ‚ytakie Å›wiÄ™ta jak DzieÅ„ Pracy.Jednak Andrew szukaÅ‚ tu azylu wtedy,kiedy inni stÄ…d wyje\d\ali.PotrzebowaÅ‚ ciszy i samotnoÅ›ci, chocia\zwykle zapominaÅ‚, co oznaczajÄ… tu prawdziwe ciemnoÅ›ci.Burzajedynie pogÅ‚Ä™biÅ‚a czerÅ„, która otulaÅ‚a szczelnie jego domek, las ijezioro.UwielbiaÅ‚ ciszÄ™, kiedy pisaÅ‚, ale nie wtedy, gdy szukaÅ‚ wÅ‚aÅ›ci-wych słów.Nie wtedy, kiedy musiaÅ‚ je wyciÄ…gać z gÅ‚owy jedno podrugim.W takich chwilach czuÅ‚, \e cisza go knebluje, a spokój po-wiÄ™ksza tylko jego wewnÄ™trzny niepokój.ZaczÄ…Å‚ odnotowywaćdzwiÄ™ki, na które wczeÅ›niej nie zwracaÅ‚ uwagi, na przykÅ‚ad szumlodówki czy kapanie wody w toalecie.Na dworze gaÅ‚Ä™zie szorowaÅ‚y o siebie, a drzewa skrzypiaÅ‚y.WczeÅ›niej odzywaÅ‚y siÄ™ lelki, nawoÅ‚ujÄ…c siÄ™ z obu stron jeziora, atak\e Å›wierszcze, ale teraz wszystko umilkÅ‚o.Nawet pajÄ…k gdzieÅ› siÄ™schowaÅ‚
[ Pobierz całość w formacie PDF ]