[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pamiętamkobietę w średnim wieku z małą dziewczynką.Na innych nie zwróciłam uwagi.Chybamusiałam wtedy poczuć się sama na świecie.Przez całą drogę siedziałam z czołem przyklejonym do szyby, patrząc naprzesuwający się krajobraz: najpierw nowe dzielnice - nie zauważałam większej różnicymiędzy nimi intra muros - potem trochę starsze, wreszcie ruiny ze slumsami i tłumy ludzigrzebiących w stosach śmieci u stóp nielicznych całych budynków.Od czasu do czasu tu iówdzie pośród bezmiaru nędzy pod gołym niebem wyłaniało się nowe miasto, pilniestrzeżone i tak lśniące stalą i szkłem, że wydawało się nierzeczywiste.Dalej znowu wszystkobyło jak wcześniej: slumsy i stosy śmieci bez końca.Powtarzałam sobie bez ustanku, stądpochodzę, stąd pochodzę, przerażona rumowiskami i ich brzydotą.A przecież czegoś takiegosię spodziewałam.Oglądałam zdjęcia, reportaże, czym innym jednak jest zobaczenie tegosamego na własne oczy.W 10 dystrykcie dzieci bawiły się wspinaniem na wielkie kolorowe kręgi z betonu naugorze po obu stronach torowiska.Wspomniałam skwerek, na którym bawiłam się wdzieciństwie, kobiety siedzące na ławkach, ich sterane twarze, zmęczony uśmiech.O dziwo ta wizja nie wzbudziła we mnie ani strachu, ani odrazy; wywołała raczejlekki smutek, jakby nostalgię - „stąd pochodzę” - przelotne poczucie powrotu do ojczyzny.Chauvigny to nowe miasto w całości wybudowane wokół więzienia.Nie prowadzitam żadna inna droga oprócz kolejowej, co pozwala w pełni kontrolować ruch i ograniczaryzyko nieprzyjemnych spotkań.Uważałam, że tak jest faktycznie bezpieczniej.Pociągwjechał na dworzec o 9.36, zgodnie z rozkładem.Wyszłam na peron, ledwie drzwi sięotworzyły.Kobieta z dziewczynką także wysiadły.Było zadziwiająco ciepło jak napaździernik.Chyba że z emocji tak mi się tylko zdawało.Zdjęłam płaszcz i ruszyłam naprzód.Bez problemu znalazłam więzienie - jest tak potężne i wysokie, że widać je zewsząd wmieście.Z wyjątkiem pieszych zmierzających jak ja w stronę zakładu karnego na ulicach niebyło nikogo - można by pomyśleć, że mieszkańcy opuścili miasto albo zaszyli się w domach.I dobrze - im mniej gości, tym lepsza zabawa.Kordon bezpieczeństwa kierował kolejką odwiedzających, w której zajęłam miejsce.Oczekiwanie długo trwało.Nie przeszkadzało mi to.Czekałam tyle lat, parę godzin mnie niezbawi.Minęło już południe, kiedy wreszcie nadeszła moja kolej.Nie drżałam, stając przedrobotem.Wiedziałam, co mam zrobić.- Dokumenty proszę.Podniosłam paszport na wysokość jego oczu.- W porządku, pani K.Proszę określić cel wizyty.- Widzenie w pomieszczeniu bezdozorowym.- Dowolnym czy spersonalizowanym?- Spersonalizowanym.- Proszę podać dane osoby odwiedzanej.- Mojra Steiner.- Proszę przeliterować nazwisko.- STEINER.Robot zastygł na dłuższą chwilę, przeszukując bazę danych w pamięci wewnętrznej.- Mojra Steiner już nie ma statusu osadzonej.Jej uwięzienie zakończyło siędwudziestego drugiego marca dwa tysiące sto drugiego roku - wygłosił monotonnym głosemdoskonale pasującym do sztucznego uśmiechu.- Czy.czy to znaczy, że nie odsiedziała całej kary?- Zgadza się.Przez kilka chwil nie wiedziałam, co powiedzieć.W końcu zdesperowanawykrztusiłam:- Czy można.się dowiedzieć, gdzie.gdzie ją znajdę?- Naturalnie.Zaprowadzimy panią do niej, jeśli pani sobie życzy.- Nie.nie rozumiem.To znaczy, że ona nadal jest na terenie więzienia?Robot milczał przez kilka sekund, po czym powtórzył:- Zaprowadzimy panią do niej, jeśli pani sobie życzy.Zrozumiałam, że pytanie wykracza poza jego kompetencje i nic więcej z niego niewyciągnę.Powiedziałam „Dziękuję, miłego dnia” i przeszłam przez bramkę detekcyjną.Na dziedzińcu czekał na mnie kolejny robot, bardzo stary model o dziwnie pożółkłejskórze.Jego dłonie i twarz nosiły ślady partackich napraw - niezbyt apetyczna kompozycjałatek z metalu i sztucznej skóry.Dychawiczne badziewie - mówię o tym nie po to, byusprawiedliwić ciąg dalszy, lecz taki był po prostu fakt.- Z wizytą do Mojry Steiner.Proszę za mną.Podążyłam za nim, nie bardzo rozumiejąc, o co tu biega.Robot utykał, przez co przykażdym kroku rozlegało się zgrzytnięcie metalu na wysokości bioder.W odległości około dwudziestu metrów od budynku głównego skręcił w prawo wdługą alejkę wysypaną żwirem.Na jej końcu znajdowało się ogrodzenie i brama w nim.Nagle poczułam się bardzo nieswojo.- Mogę wiedzieć, gdzie idziemy?- Proszę za mną - powtórzył dokładnie takim samym tonem jak za pierwszym razem.- To na pewno dobry kierunek?- Proszę za mną.Zrezygnowałam z dalszych pytań.Kiedy dotarliśmy do ogrodzenia, brama otworzyła się powolutku i wtedy zobaczyłam:obsadzone cisami długie równoległe alejki, a po obu ich stronach cementowe prostokątyciasno jeden przy drugim, ponure, ciągnące się w nieskończoność.- To musi być pomyłka.Ignorując moją uwagę, robot odwrócił się do mnie z uśmiechem.W kącikach ustporobiły mu się ohydne zmarszczki.- Mojra Steiner, alejka dwanaście, numer sześćdziesiąt osiem dwadzieścia, międzypunktami orientacyjnymi pięćdziesiąt siedem i pięćdziesiąt osiem.W razie problemów proszęsię udać do okienka.- Mówię przecież, że to musi być pomyłka!Nadal się uśmiechał.- W razie problemów proszę się udać do okienka.Obrócił się na pięcie ze zgrzytem metalu.Przytrzymałam go za rękę.- Ty pieprzona maszyno! Chcę zobaczyć moją matkę!Cały zaczął wibrować.Szarpnęłam nim, wrzeszcząc:- Pieprzona maszyno, gadaj, gdzie moja matka!- A.a.a.alejka dwunasta - wyjąkał - nu.nu.numer.Naraz znieruchomiał.Rozległo się w nim jakby szczęknięcie, po czym padł jak długi,runął na żwir z zamkniętymi oczami, ustami rozchylonymi.Przez skórę przeszła mu wibracja,jakby dreszcz.Zaczął rzęzić, trwało to raptem kilka sekund.I zgasł z westchnieniem.Nie bardzo wiem, co się potem działo.Pamiętam tylko, że szeroko otwartymi oczamispoglądałam na te długaśne alejki, przystrzyżone cisy, setki ułożonych rządkiem grobów iwszystko zdawało mi się kompletnie absurdalne.Świat jakby nagle stanął wyzuty z treści uwrót cmentarza.Nie było już ani materii, ani barw, ani znaczeń.Tylko cienie wymieszane zciszą, kreski alejek wykrzywionych między cisami i rozpostarte nad grobami niebo.Mój bólogarnął wszystko.Nie pamiętam, żebym otwierała buteleczkę z anksjolitykiem ani połykała tabletki.Należy jednak przypuszczać, że to zrobiłam, ponieważ godzinę później znaleziono mnienieprzytomną koło trupa robota.Kiedy odzyskałam świadomość, leżałam na łóżku przypięta pasami.Tuż oboksłyszałam lekkie szemranie maszyny.Spróbowałam dźwignąć powieki, lecz nie udało się.Ktoś powiedział:- Proszę się nie ruszać.Nie mówić.Jest pani w szpitalu.Pod opieką.Gdy ocknęłam się powtórnie, zdołałam otworzyć oczy.Przy łóżku siedział Fernand.Zminą do głębi wstrząśniętą.- Jak się czujesz?- Dobrze.Mówiłam prawdę.Nie czułam nic, pewnie za sprawą prochów, którymi mnienafaszerowano.Fernand położył rękę na pościeli niedaleko mojej dłoni.Zaczęłam się wićunieruchomiona pasami.- Moja matka.Twarz mu się ściągnęła.- Leż spokojnie, Lilu.- Moja matka nie żyje!- Wiem.Nic teraz nie mów.Musisz odpoczywać.I tak byłam zbyt znużona, żeby mu się sprzeciwić.Zamknęłam oczy i znowuodpłynęłam.Trzymali mnie w odurzeniu cały tydzień; nie było najgorzej
[ Pobierz całość w formacie PDF ]