[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ja miałem za zadanie siedzieć w warsztacie wśród jarzącychsię w mroku odbiorników i rejestrować napływające dzwięki, dopóki mama nie zawołałamnie do domu, a wówczas on w pojedynkę tropił dalej niestrudzenie ten jeden nieuchwytnysygnał, który pragnął wyłowić ze strumienia gwiezdnych promieni.Kiedyś raczył mi to wyjaśnić w prosty sposób: przyciąganie ziemskie to formapromieniowania.Patrz, w lewej ręce mam młotek, a w prawej papierosa.Jedno i drugiespadnie na podłogę dokładnie z tą samą prędkością, ale inaczej uderzy.Natura wiecznietworzy przeciwieństwa, jak życie i śmierć, ogień i woda, nadzieja i rozpacz.Dlatego musi sięw niej kryć jakieś promieniowanie przeciwne przyciąganiu, które przyciąganie znosi, a kiedyje odkryjemy, wszystko będzie możliwe, tymczasem wynoś się na dwór i szybko zapomnij otym, coś tu usłyszał.Nie rozumiałem dokładnie znaczenia wszystkich tych zjawisk dla nauki, ale jako dowódcawiedziałem doskonale, jaki los czeka imperium brytyjskie, gdy w naszych rękach znajdzie sięwreszcie owa sekretna wiązka.Czasem którejś z dziewcząt udawało się zmylić straże, wśliznąć do Efraima i spędzić znim całą noc.Nawet w takie noce Efraim nie wyłączał odbiorników przekazujących sygnałyna falach krótkich.Zapewne w jego pokoju miłość odbywała się wśród trzasków iprzeszywających świstów płynących z przestrzeni kosmicznej.Może nie tyle miłość, co jakiśinny rodzaj zjednoczenia, nie wstrętny, nie przesycony potem, lecz taki, za który chętnieoddałbym duszę.Raz nawet zakradłem się w ciemności pod okno z opuszczoną żaluzją,ukryłem jak sowa wśród lepkich liści drzewa pieprzowego i do granic możliwości wytężającsłuch, drżałem wśród odgłosów wyłowionych w mroku, nie wiedząc, czy to szloch, czystłumiony śmiech, czy też sygnały radiowe z gwiazd.Splamiony gorzkawym roślinnymsokiem wystraszyłem się nagle, czułem, że zaraz nastąpi wielki wybuch, Efraim i dziewczynazginą i zginie pan Nechamkin, i moi rodzice, a ja zostanę sam w spalonej Jerozolimie izdradzi mnie zapach pieprzu, z gór wtargną do miasta bandy złaknione krwi, a ja będę sam.Zsunąłem się z drzewa i w mroku obszedłem dom.Przestraszył mnie jakiś kot, którywyskoczył spłoszony odgłosem kroków.Stanąłem pod oknem sypialni starego poety iprzyciskając policzek do siatki chroniącej przed owadami, krzyknąłem szeptem: Panie Nechamkin! Przepraszam! Panie Nechamkin!Nie usłyszał i nie mógł usłyszeć.Noce spędzał na budowaniu z wypalonych zapałekmodelu Zwiątyni, na podstawie opisów biblijnych i innych zródeł.Praca ta ciągnęła się od lat,a koniec wciąż się oddalał, ponieważ, jak wyjaśniał poeta, zródła zawierały sprzeczneinformacje, więc musiał wciąż burzyć swe dzieło i zaczynać od nowa, za każdym razeminaczej.Dużymi bladymi palcami zanurzał pan Nechamkin zapałkę po zapałce w miseczce zklajstrem.W zębach trzymał szpagat.Mamrotał pod nosem modlitwę:Ojcze nasz, Królu nasz,Bądz miłość i w nam i odpowiedz nam,Gdyż nie ma w nas dobrych uczynków.Na koniec, gdy podrapany i pachnący różowym pieprzem leżałem w łóżku, dobiegły mniegłosy ortodoksyjnych mężczyzn modlących się w Synagodze Ocalałych.Zebrali się tam opółnocy na modlitwę tikun chacot: lato nie będzie trwało wiecznie.Wkrótce nadejdą StraszneDni.W naszej dzielnicy żyły psy, które gdy coś je rozzłościło czy przestraszyło w ciepłymmroku, wahały się czasem nocą między szczekaniem a wyciem.IVEfraim był błyskotliwym, lecz niecierpliwym szachistą.Tacie niejednokrotnie udawało sięgo pokonać, bo sam unikał ryzyka, grał spokojnie i defensywnie. Ziarnko do ziarnka mówił Efraim drwiąco, gdy ojciec od czasu do czasu zgarniałjakiegoś pionka, marudera z obrzeży pola walki.Tata się nie obrażał, prosił tylko: Skup się, Efraim.Nie poddawaj się.Swoją drogą, nawet w obecnej sytuacji gotówjestem zamienić się z tobą i zagrać za ciebie tym, co ci jeszcze zostało.Tę propozycję Efraim określał jako zbytek łaski.Miał dość pięknych słówek, chciał jużwrócić do pojedynku. Wygłaszasz przemówienia, żeby mi mącić w głowie, Kołodny, ale już za parę chwilznajdziesz się w pułapce, a wtedy nie będziesz miał najmniejszej ochoty na żadne mowy. Pożyjemy, zobaczymy mówił tata grzecznie. Tymczasem zablokowałem ci laufra, atego pionka schrupałem z apetytem. Niech ci będzie na zdrowie, Kołodny rzucał Efraim z gniewem. Połknij sobieprzynętę, a ja pociągnę za wędkę. Pożyjemy, zobaczymy odpowiadał życzliwie tata
[ Pobierz całość w formacie PDF ]