[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Proszę spojrzeć! - szepnął jej do ucha, obracając twarząw stronę salonu.Aby utrzymać się na nogach, Grace zacisnęładłonie na obejmującej ją ręce.Skórę jej policzka drapał ostryzarost na jego podbródku.- Za oknem po prawej!Przez chwilę tylko wodziła wzrokiem od cienia do cienia, zdez-orientowana.Ale potem dostrzegła: w blasku światła na zewnątrzpojawiła się skradająca się postać, Jej kontury zarysowały sięwyraziście na zaciągniętych zasłonach, aby po paru sekundachzniknąć.Rozdział dwudziesty ósmyProszę tu zostać! - szepnął Marino.Puścił Grace, po czym sięg-nął ręką za plecy, wyciągnął zza paska pistolet i niemal bezsze-lestnie wybiegł z domu frontowymi drzwiami.Zostać tu? Jeszcze czego! Grace przebiegła do kuchni po swo-ją broń, mając już w głowie gotowy plan: wyjdzie na zewnątrz tyl-nymi drzwiami i w ten sposób odetnie intruzowi drogę ucieczki.Sama myśl o tym, że za chwilę przyczyni się bezpośrednio doschwytania przestępcy, który dybie na jej córkę, napełniła Graceuczuciem dzikiego tryumfu.W przeszłości zastanawiała się nie-jednokrotnie, czy byłaby zdolna strzelić do kogoś, gdyby zaszłataka potrzeba.Teraz wreszcie mam odpowiedz, pomyślała, wy-mykając się z domu z pistoletem w dłoni.Teraz wiem, że jestemdo tego zdolna.Tylne drzwi wychodziły na wybetonowaną ścieżkę wiodącą dogarażu, długą na prawie cztery metry i szeroką na półtora, terazmokrą od deszczu i śliską.Wzdłuż ścieżki rosła werbena, sięga-jąca niemal krawędzi dachu, tworząc zielony tunel.Po obu stro-nach pozostawiono w szpalerze luki, dostatecznie obszerne, abyumożliwić przejście na podwórze, tylne i frontowe.Przez jednąz nich Grace wyszła ostrożnie na poprowadzoną wokół podjazdudróżkę wyłożoną płytami, nie przejmując się prysznicem z zim-nych kropli deszczu, które strząsnęła, potrącając gałązki, ani po-dmuchem chłodnego powietrza.W dłoni ściskała kurczowo pisto-let, wzrokiem przeczesywała otoczenie.Wszędzie panował gęsty mrok, poza świetlistym kręgiem wo-kół latarni nieopodal.Miejsce, gdzie stała, osłonięte z jednejstrony przez dom, a z drugiej przez garaż, okrywał cień.Grace wi-działa wyraznie cały teren wzdłuż żywopłotu między podwórzemi podjazdem, ale resztę widoku zasłaniał dom.Z mocno bijącymsercem ruszyła do przodu.Gdzie Marino? I gdzie się podział ten intruz? Kierunek, w któ-rym przesuwał się przedtem cień za oknem, dopuszczał tylko jed-ną odpowiedz: tylne podwórze.Grace odwróciła się i w tym momencie ujrzała na dachu pasażupostać.Była ciemniejsza od szarego jak węgiel drzewny nieba, to-też na jego tle odcinała się wyraznie.Ktokolwiek to był, zamierzałnajwyrazniej dostać się do domu przez dach, opadający nad tylny-mi drzwiami na tyle nisko, że niemal stykał się z dachem pasażu.Stąd mógłby wypatrzyć jakieś niedomknięte okno na piętrze.Paru następnych sekund Grace nigdy nie potrafiła potemwspominać bez dreszczu trwogi: uniosła pistolet, wycelowała.- Stać! Policja! - krzyknął z podwórza Marino.Głos wydawał się przytłumiony i odległy, ale rozkaz zabrzmiałjednoznacznie.Człowiek na dachu wyprostował się niczym ku-kiełka, której sznurek gwałtownie pociągnięto, i spojrzał w stro-nę, skąd dobiegł go głos, tracąc przy tym równowagę.Rozpaczli-wie zamachał rękami i z cichym okrzykiem runął w dół.Grace skamieniała.Ten głos rozpoznałaby zawsze i wszędzie.- Jessica! - zawołała przerażona i co sił w nogach pobiegław tamtym kierunku.Na podwórzu ujrzała córkę leżącą na trawie z bezwładnie roz-rzuconymi rękoma; obok niej klęczał Marino.Grace padła na kolana obok policjanta, nie bacząc na mokrątrawę.Zapomniała nawet o pistolecie, nadal ściskanym kurczowow dłoni.Nachyliła się nad leżącą na wznak córką
[ Pobierz całość w formacie PDF ]