[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. zamyśliła się dziewczyna. Choć to niemoja zasługa, tylko Kozliców.Mówiłam, że to ród szumny.Ale na razie dość o muzykantach. A jest coś jeszcze? Pewnie, co ma nie być. To opowiedz, proszę. Spokojnie, Koreda, spokojnie, wszystko w swoim czasie. Przecież dzisiaj jeszcze wcześnie, wcześniej niż wczoraj, kiedy kończyliśmy. To posłuchaj dalej. O synach %7łurby? Tobie te opowieści wyraznie szkodzą! Wyjdz przed chałupę, musisz trochę ochłonąć.Asynom %7łurby daj na razie trochę spokoju.Jeszcze będzie czas, by o nich opowiedzieć.Tutrzeba wszystko wedle porządku, bo taki ród jest jak drzewo.I jak chcesz całe poznać, tomusisz się wolno wspinać, wszystkie konary oglądać.Inaczej się zagubisz, a w głowie porobici się zamęt.Jak myślisz, co teraz będzie? O domu wędrowców, czyli o dzieciach Brzechwy. I dobrze myślisz.Dochodzisz do siebie, choć w głowie zamiast myśli masz kłęby dymu.I jeszcze gadacie, że kurzenie to góralska rzecz. A nie jest? Ja nie kurzę, a nikt mi góralskości nie odmówi. Kurzysz, kurzysz, tylko o tym nie wiesz.Tyle że nie trzymasz w gębie fajki.A dym tensam, ot co! Ale gadaj lepiej, jak było z synami Brzechwy, bo nie popuszczę! Jak wiesz, pierworodny Brzechwy to był Goryczka.Z nim się sprawa miała tak.Opowieści o wędrowcach Goryczka, syn BrzechwyWydawało się, że Goryczka, który Brzechwie nigdy nie wybaczył, że Kosyczkę zostawił,będzie w domu siedział.Pogodzili się już Kozlice, że nic nie będzie z planów Starego, by teżw wędrowaniu szukać spełnienia obietnicy Władcy Wichrów.Widać nie w domu Brzechwy,nie pośród wędrowców miał się narodzić Kozlica, co trwogę przed śmiercią pokona.Ale krew się w końcu w Goryczce odezwała, i kiedy skończył siedemnaście roków, jął pogórach chodzić.I nawet zaczął tej nieśmiertelności szukać.No, czy się przysłużył rodowi,tego do końca nie wiadomo.Ale nie można powiedzieć, żeby się nie starał.Goryczka wpierw podróżował bez wielkiego celu.Poznawał Smoczogóry, wioski pozaDoliną Gadułki.I niemal wszędzie odkrywał ślady ojca, bo nie było miejsca, gdzie by o nimnie mówiono.Wszędzie też Goryczkę witano jako syna Brzechwy.Więc chłopak od ludzkichsiedlisk uciekał i zapuszczał się w niedostępne Pazdury.Ale nawet wtedy miał wrażenie, żeprzedzierając się przez leśne gąszcze, idzie po śladach Brzechwy, że percie i szlaki przez ojcasą wydeptane i ustanowione.A tego Goryczka nie chciał, bo wystarczyło mu, że odkrył wsobie niespokojnego ducha wędrowania, który mu usiedzieć na miejscu nie pozwolił.Bał się,że ojcowego losu nie uniknie.Nie lubił tej wyrwy w sobie, nie lubił tego krzyku, co go z głębiduszy wołał i do drogi zmuszał.I nawet nie dlatego, że odnajdując go w sobie, ojcanapotykał, ale w ogóle wolał w domu siedzieć niż się po bezdrożach włóczyć.Przez kilka lat bez celu przemierzał Smoczogóry, aż poznał je jak własny dom.Czasemznikał na parę miesięcy, ale zawsze do matki wracał.A jak mu coś wypadło i nie mógł naumówiony czas do Krzywego przybyć, starał się zawsze przez innych wędrowców, albopasterzy nawet, wieści do grażdy Kozliców przekazać.Tak dorósł i ogorzał od górskiego wiatru i coraz ciaśniej było mu w rodzinnym domu.Niby cieszył się z powrotów, niby opowiadał, a inni słuchali opowieści z zainteresowaniem,ale była w nim jakaś pustka.Bo odkrył Goryczka w sobie bezdomność, chorobę, co munigdzie miejsca długo zagrzać nie pozwalała.I zaczął rozumieć ojca, że nie ze złośliwościuciekał, ale gnany tą bezdomnością, jak liść bezwolnie na wietrze.I cóż z tego, że ojcazrozumiał, że mu wybaczył, skoro Brzechwa już wtedy nie żył? Za pózno Goryczka doprawdy o sobie doszedł, za pózno, by się z ojcem pojednać.Nie spotkali się za życia, może pośmierci dane im będzie pogadać po ludzku? Kto to wie?I wtedy, jakoś tak, przekonał się Goryczka do sensu tych poszukiwań nieśmiertelności.Przekonał się, że jest w tym jakiś cel, że człowiek na ziemi, przed śmiercią, szczęścia nieznajdzie.Ale po swojemu to wielkie zadanie Kozliców rozumiał, inaczej niż Stary Kozlica ijego synowie.Tylko że nie bardzo wiedziano, jak.I kiedy go pytali i podsuwali mu swojepomysły, chcąc prawdę wydobyć, mówił tylko: E, nie o to idzie.Ale o co mu szło, tego już nikt nie wiedział.Dość, że taka mu myśl przyszła, by rozpytaćo tę nieśmiertelność u zródeł.Bo skoro cały ród tak się męczy, to pewnie dlatego, że żadenczłek, jako śmiertelny, nie wie, czego szuka.Więc niegłupio byłoby zwrócić się do tych, cosię ich za nieśmiertelnych uważa.Trudno takich znalezć, ale szukać można.I umyślił sobieGoryczka, że sztolników szukać będzie.Co prawda ci śpią, ale są, i będą przy końcu świata.Można ich więc obudzić i grzecznie o radę zapytać, jak to robią, że trwają, choć mijają wieki.Taki to pomysł miał.Rok był gdzieś czterdziesty któryś po Władcy i Topór, co wówczas Kozlicom przewodził,już stracił nadzieję, że coś mądrego z domu wędrowców wyniknie.Toteż się ucieszył, jak siędowiedział, że Goryczka do sztolników po nieśmiertelność rusza.I obiecał, że się rodzinązajmie, żeby się stryjeczny brat o to nie martwił.Bo nie miał syn Brzechwy takich bogactw jak ojciec, choć nie można powiedzieć,Kozlicom w ogóle w tamtych czasach dostatnio się żyło.Miał już wtedy Goryczka babę idwóch synków, Obłaza i Jarugę.Nie chciał ich na długo zostawiać.A jak u sztolnikówbędzie, nie wiadomo.Może tam, pod górami, czas inaczej płynie albo w ogóle stoi? Skoro wgórach jest niezmienność, to może w ich korzeniach żadnego ruchu nie ma? Tak sobieGoryczka myślał, kiedy na wyprawę swoją ruszał.I na północ ruszył, przez Rówień do Starych Sztolni.To wszyscy w Smoczogórachwiedzieli, że pod Czartakiem, pod Starymi Sztolniami pochowali się w swych komnatach ikorytarzach sztolnicy.%7łe tam ich dziedziny i tam ich szukać trzeba, jak kto do nich masprawę.Ale nikt nic więcej nie wiedział.Było już wielu śmiałków, którzy, łasi na złoto iigrith, wejścia do królestwa sztolników szukali.Ale albo znalezć nie mogli, albo przepadalibez wieści.Ponurą sławą cieszyły się Stare Sztolnie.Mimo to Goryczka się nie lękał.Trochęnawet jakby sam śmierci szukał, bo go ostatnimi czasy ta bezdomność duszy niezledomęczyła.Było wprawdzie nad Moczarkami kilka starych szybów i ze dwa niewielkie wyrobiska,ale wszystkie ślepe.Nawet nie zasypane, co może nadzieję by dawało, tylko kończące się litąskałą, jakby wcale dalej nie prowadziły
[ Pobierz całość w formacie PDF ]