[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pomyślą, że pojechała do domu.- Pewnie.Czemu nie.Przyjechał do portu swoją furgonetką.Musiała czekać na niego kwadransze skrzeczącymi nad głową mewami i nagle poczuła niepokój.A jeśli on chceod niej czegoś więcej, nie tylko pogadać i wypić razem herbatę? Czy jest naniego gotowa? Dziś rano przed wyjściem nawet nie wzięła prysznica, bo przezte wszystkie rozmowy o Taicie zrobiło się już pózno.Wyobraziła sobie, jak183Robert może ją odebrać - jako trochę niechlujną uczennicę, z lekką nadwagą itorbą pełną książek.Kiedy usiadła przy nim, położył jej rękę na karku, delikatnie przyciągnął dosiebie i pocałował.Zauważyła w jego zachowaniu coś odmiennego.Ulgę.Możeto właśnie czuli wszyscy dotknięci tym dramatem.Ulżyło im, bo mordercaznalazł się pod kluczem, ale też dlatego, że policja przestanie wtykać nos w ichżycie.Każdy miał jakieś tajemnice.Pan Scott, Robert.Może nawet jej rodzice.A teraz policjant z Fair Isle zostawi ludzi w spokoju.Jechał na północ w milczeniu.Gładziła delikatne włoski na jego ręku, a onpocierał kciukiem wewnętrzną stronę jej dłoni.Chciała, żeby znów ją pocało-wał, ale wstydziła się poprosić; poza tym takie oczekiwanie było podniecające.- Dokąd jedziemy?- Pomyślałem, że zabiorę cię na Wandering Spirit.Chciałabyś go zoba-czyć?Jego statek stał zacumowany w Whalsay.To znaczy, że muszą przeprawićsię promem na wyspę.Sally próbowała przypomnieć sobie, czy zna jakiegośprzewoznika, który mógłby donieść jej rodzicom, ale ostatecznie postanowiłazaryzykować.Robertowi najwyrazniej bardzo zależało na wspólnej wyprawie.Byli na początku kolejki.Siedzieli w furgonetce, trzymali się za ręce i pa-trzyli, jak zbliża się prom, niski, z płaskim dnem.Kołysał się z dziobu na rufęna każdej fali.Oprócz nich czekało kilka ciężarówek i jeszcze jedna furgonetka.W czasie rejsu siedzieli w saloniku.Robert kupił jej kawę z automatu.Znałsiedzącego nieopodal kierowcę drugiej furgonetki, ale go nie przedstawił.Kie-dy rozmawiał z nim o rybach i jakiejś imprezie w barze na Whalsay, wyglądałaprzez okno i patrzyła na przybliżającą się wyspę.Nie przypominała sobie, czyjuż tu kiedyś była.Na pewno nie w ostatnich latach.Statek okazał się tak wspaniały, jak wszyscy opowiadali.Lśniący bielą, na-jeżony antenami i masztami radarowymi, o wiele większy niż sobie wyobraża-ła.Duma Roberta.Wiele dla niego znaczył.To nie był tylko sposób zarabianiana życie, ale styl życia.Kiedy Sally pomyślała, że coś takiego mogłaby powie-dzieć Catherine, też poczuła się dumna.184Zaprowadził ją pod pokład i pokazał pomieszczenie, gdzie przebywała zało-ga w czasie wolnym od pracy.Były tam ławy ze skórzaną tapicerką, wielki te-lewizor.I lodówka.Wyjął z niej kilka puszek piwa i podał jej jedną.Wzięła.Czuła, jak statek delikatnie się kołysze.Szare morze znajdowało się tuż zaszkłem iluminatora.Horyzont przechylał się w regularnym hipnotyzującymrytmie.- Podobała ci się Catherine? - zapytała nagle.- Pewnie tak.Wyglądałaoszałamiająco.- Nie - odparł.- Mówię szczerze.Nie życzyłbym jej śmierci.Oczywiście, żenie.Ale uważałem, że jest zarozumiałą krową.Te jej opowieści o filmie i sztu-ce.Całe to gadanie.- Mnie też zabierzesz kiedyś na imprezę w Haa?- Nie zabrałem Catherine - odparł szybko.- Ale była tam.Pogadaliśmy.To wszystko.- No ale mnie zabierzesz?- Jasne, czemu nie?Wypiła piwo.Okazało się mocniejsze niż to, którego kiedyś próbowała.Ruch statkują rozpraszał.Przyniósł następną puszkę.Rozmawiali.O jego pra-cy, rodzinie.Pózniej przypomniała sobie, co powiedział o matce. Ludzie jejnie rozumieją.To wszystko wina Hunterów.Jest taka delikatna, że nie potrafi-ła mu odmówić.I o ojcu.Mówił o nim jak o jakimś bohaterze z książek, a nierealnym człowieku.Ale wtedy jej myśli błądziły gdzieś indziej.Miała świado-mość swojego ciała pod ubraniem, skrępowanego, ukrytego, zamkniętego.Pochyliła się i rozwiązała sznurowadła.Zrzuciła jeden but i opierając palcestóp o napiętek, zsunęła drugi.Zdjęła skarpety i zwinęła je w kulkę.Na podło-dze leżał dywan, niemal tak szorstki jak mata kokosowa.Oparła na nim stopyRobert, który wciąż opowiadał o nagłym sztormie w pobliżu Stavanger, umilkł.- Przepraszam - powiedziała.- Trochę tu gorąco.Pochylił się i ujął jej stopę, a przy tym lekko pociągnął, tak że Sally trochęzsunęła się z ławy.Pocierał stopę kciukiem, tak jak wcześniej dłoń w samocho-dzie.Sally myślała, że zaraz zemdleje.Pózniej zastanawiała się, czy wszyscy tak uprawiają seks? Starsi ludzie też?Ojciec i matka? Im pewnie byłoby lepiej, nie kochaliby się tak pospiesznie ibezładnie.Ojciec byłby bardziej cierpliwy.Nie tak brutalny i wymagający.Ale185odepchnęła od siebie tę myśl, uznając ją za absurdalną.Czego mogła oczeki-wać przy pierwszym razie? Robert leżał na plecach i palił papierosa.Chciała,żeby się odezwał, ale sprawiał wrażenie pogrążonego w myślach.Może wszyscy mężczyzni potem tak się zachowywali
[ Pobierz całość w formacie PDF ]