[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.datę.może za dwa lata, możeza dwadzieścia.Tak! Na tym koniec.Pan Bray wsparł łokieć na poręczy fotela i zakrył twarz dłonią. Przedstawiam sprawę jasno ciągnął pan Ralf siadając obok chorego bo mocno jąbiorę do serca.Mam własny interes w tym, by pan wydał córkę za mojego przyjaciela, ArturaGride'a, ponieważ on spłaci wówczas mnie oczywiście częściowo.Nie ukrywam tego iprzyznaję otwarcie.Jak wiele może jednak pan zyskać zalecając to małżeństwo? Niech pannie zapomina! Córka może się wzdragać, opierać, ronić łzy, mówić, że Gride jest za stary,dowodzić, że jej życie będzie jednym pasmem niedoli.A czymże jest ono teraz?Kilka słabych poruszeń chorego świadczyło, że nie traci ani jednego słowa z tychargumentów, podobnie jak pan Ralf nie tracił najmniejszego jego ruchu. Czymże jest ono teraz, powtarzam? podjął przebiegły lichwiarz. Albo czym będziew przyszłości? Pewnie, że gdy pan umrze, ludzie, których pan nienawidzi, zapewnią jejszczęście. Czy może pan jednak znieść taką myśl? Nie! odparł Bray niezdolny pohamować mściwego odruchu. Domyślałem się tego.Naturalnie mówił spokojnie pan Ralf. Jeżeli pańska córka maodnieść korzyść z czyjejś śmierci ciągnął przytłumionym głosem niechże to będziekorzyść ze śmierci małżonka.Niech nie myśli kiedyś o chwili pańskiej śmierci jak o dacie, odktórej zaczęła liczyć szczęśliwsze dni.Jakież są zastrzeżenia? Niech je pan wyłuszczy.%7łekonkurent jest starcem! I cóż z tego? Często bogaci ludzie wysokiego rodu, którzy nie majątakiego jak pan usprawiedliwienia, lecz do woli i w nadmiarze dysponują wszystkim, co życiedać im może, wydają córki za starców lub, co gorsza, za młodzików bez serca i rozumu, po tojedynie, by zaspokoić jakąś słabostkę, zadośćuczynić rodzinnym interesom albo zapewnićsobie miejsce w Parlamencie.Pan niech rozstrzygnie za nią, niech pan rozstrzygnie.Panprzecież lepiej może osądzić tę sprawę, a córka będzie panu wdzięczna do końca swoich dni. Szszaa!.Szszaa!. zawołał Bray podrywając się nagle i kładąc drżącą dłoń na ustachpana Ralfa. Słyszę jej kroki za drzwiami.Widać było przebłysk sumienia we wstydzie i przerażeniu pana Braya; ta krótka chwila zdarłaz okrutnego planu cienką powłokę sofizmatów i odsłoniła ów plan w całej jego podłości istraszliwej ohydzie.Drżący i blady ojciec opadł na fotel; Artur Gride skubiąc i obracając swójkapelusz nie śmiał oderwać wzroku od podłogi; nawet pan Ralf, wystraszony przybyciemnieświadomej niczego dziewczyny, skulił się na chwilę niby obity pies.Wrażenie owo było niemal równie krótkotrwałe, jak niespodziewane.Pan Nickleby opanowałsię pierwszy, a zauważywszy pełen przerażenia wzrok Adeliny, zaczął ją uspokajać,zapewniając, że nie ma podstaw do obawy. Nagły skurcz powiedział spoglądając na pana Braya. Już wszystko minęło.Widok młodej i pięknej dziewczyny, na której biedę i niedolę spiskowali przed minutązaledwie, a która zarzuciła teraz ramiona na szyję ojca i zasypywała go słowami tkliwegowspółczucia i miłości najpiękniejszymi słowami, jakie ucho ojca może posłyszeć, adziecięce usta wypowiedzieć widok ten mógłby wzruszyć najbardziej zakamieniałe serca.Pan Ralf jednak spoglądał na to obojętnie, zaś Artur Gride, którego kaprawe oczy gustowałyjedynie w zewnętrznej! urodzie, lecz były ślepe na wewnętrzne piękno, zdradzał wprawdzieswego rodzaju wzruszenie, nie takie jednak jak to, które budzi zazwyczaj podziw dla cnoty. Madelino powiedział ojciec uwalniając się łagodnie z jej uścisku. To był doprawdydrobiazg. Ale.wczoraj miałeś już taki skurcz.To straszne patrzeć na twoją mękę.Czy w niczym niemogę ci pomóc? W niczym na razie.Oto dwóch panów, Madelino.Znasz już jednego z nich.Mówiła nieraz dodał pan Bray zwracając się do Artura Gride'a że zawsze mi się pogarsza po pańskiejwizycie.Nie było w tym nic dziwnego, gdyż znała dotychczas tylko część prawdy.No, no!Może zmieni pogląd na tę sprawę.Widzi pan, dziewczętom wolno przecie zmieniać poglądy.Jesteś bardzo zmęczona, moja droga. Ach, nie, doprawdy. Jesteś zmęczona.Za wiele pracujesz. Chciałabym móc pracować więcej. Wiem, wiem, ale to za dużo na twoje siły, kochanie.Taki nędzny żywot, pełencodziennych trudów i udręczeń, to stanowczo ponad twoje siły, moje ty biedactwo!Nie szczędząc takich i tym podobnych miłych słów, Bray tulił do siebie córkę i czule całowałjej policzki.Przez pewien czas pan Ralf przyglądał mu się bystro i uważnie, a potem kierującsię w stronę drzwi ruchem ręki dał Gride'owi znak, by podążył za nim. Porozumie się pan z nami? zapytał pan Ralf. Tak, tak! odpowiedział pan Bray spiesznie odsuwając córkę. Za tydzień.Dajcie mitydzień. Tydzień powtórzył pan Ralf zwracając się do swego towarzysza. Od dziś za tydzień.Do widzenia.Panno Madelino, całuję rączki pani. Podaj mi pan rękę, Gride rzekł Bray wyciągając dłoń w odpowiedzi na ukłon staregolichwiarza. Nie wątpię, że dobrze mi życzysz.Przyznaję to teraz.Jeżeli zadłużyłem się uciebie, nie twoja w tym wina.Madelino, podaj panu rękę, kochanie. Boże, mój Boże! Gdyby pani zechciała.Choćby końce paluszków. jąkał Arturonieśmielony i przestraszony zarazem
[ Pobierz całość w formacie PDF ]