[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.‒ W jakim sensie przejrzał?‒ No, że odgadł.że czasami.zdarza mi się coś zatajać.Po raz drugi tego wieczoru Chantorria pobladła.‒ A mówiłam ci, że źle wyjdziesz na tych swoich dziwac-twach! ‒ wysyczała.‒ Kto to widział mieć tajemnice przedogółem? No bo po co? I do czego cię to doprowadziło?‒ Do niczego mnie nie doprowadziło, kochanie ‒ odparłspokojnie Trafford.‒ Po prostu pomaga mi normalnie żyć.Tobie też się to zdarzało.Trafford spojrzał na kuchenną ławę, na której leżał starypalmpilot.Służył im do układania listy zakupów i podliczaniadomowych wydatków, ale Trafford wiedział, że Chantorriawykorzystuje go od czasu do czasu w charakterze notesu dozapisywania swoich przemyśleń i obserwacji, rzeczy, którychnie kopiuje potem do swojego laptopa ani nie zamieszcza naswoim publicznym blogu, rzeczy, które potem tylko ona czytai które pozostają wyłącznie do jej wiadomości.Niektóre z tychzapisków były rymowane.Bywało też, że Chantorria odczy-tywała je Traffordowi.Śmiali się wtedy albo płakali naddziwacznością lub jawnym bezsensem spraw, które ona uzna-wała za warte odnotowania.Tamte dni dawno minęły.Teraztylko siła młodej jeszcze miłości skłaniała czasami Chantorriędo dzielenia się z nim swoimi sekretami.‒ Ale już się nie zdarza ‒ fuknęła.‒ Wiem ‒ przyznał ze smutkiem Trafford.‒ Poza tym nie obrażam niczym Stwórcy ‒ ciągnęłaChantorria.‒ Bo co komu szkodzi jakiś wierszyk.‒ Jeśli te wierszyki nikomu nie szkodzą, to dlaczego się znimi kryjesz?‒ Wcale się z nimi nie kryję! Tylko.tylko zapomniałamje umieścić na blogu.Nie jestem dziwaczką.Nie uważamsiebie za kogoś specjalnego.A ty co? Zostałeś rozpracowany inic dobrego z tego nie wyniknie.Oni już wiedzą, że maszswoje tajemnice.‒ Cassius to żadni oni ‒ zapewnił ją Trafford.‒ To poprostu znajomy z pracy i z jego strony nic nam nie zagraża.‒ A skąd wiesz, że nie jest policjantem?‒ Jaki policjant siedziałby latami w kącie biura tylko poto, żeby akurat mnie zdemaskować? ‒ żachnął się Trafford.‒No, chyba że jestem trochę bardziej godny zainteresowania,niż mi się wydawało.Poczuł się trochę zawstydzony, że cytuje odpowiedź Cas-siusa na własne paranoiczne podejrzenie, ale bardziej logicz-nej i sensownej odpowiedzi sam by nie wymyślił.Chantorriaprzestraszyła się, że władze wzięły go na celownik, on drogądedukcji doszedł, że to raczej mało prawdopodobne.‒ Poza tym ‒ podjął ‒ Cassius ma do ukrycia coś więcejniż ja i ty razem wzięci.Gdyby policja miała się zainteresowaćkimś z naszej trójki, to właśnie nim.‒ Tym gorzej.O czym z nim rozmawiałeś? Jest muzuł-mańskim terrorystą? Sodomitą? Co można mu zarzucić?Trafford opowiedział Chantorrii, jak to Cassius wyznał mu,że jest szczepicielem, i zaproponował swoje usługi.Chantorriasłuchała, nie przerywając, ale na jej twarzy malowała sięgroza.Kiedy Trafford skończył, zażądała, żeby niezwłocznie do-niósł na Cassiusa do Świątyni.‒ Naprawdę myślisz, że powinienem? ‒ spytał Trafford.‒ Myślę ‒ odparła scenicznym szeptem Chantorria ‒ żejeśli on jest tym szcze.no, jednym z tych bezbożników, i jeśligo zdemaskują, a zdemaskują na pewno, a potem pokażą wTubie, a to zrobią w pierwszej kolejności, a potem dotrą donagrań wideo, na których jesz z nim falafele, to trudno ci siębędzie wytłumaczyć, dlaczego od razu go nie zadenuncjowa-łeś.‒ Moim zdaniem powinniśmy spojrzeć na to logicznie.‒ Patrzę na to logicznie.Ty masz mnie chyba za skończo-ną idiotkę.Dawno to zauważyłam, a tymczasem sam jesteśskończonym idiotą.Logicznie rzecz biorąc, kiedy namierzątego faceta, to logicznie rzecz biorąc, będą chcieli przesłuchaćludzi, z którymi się kontaktował
[ Pobierz całość w formacie PDF ]