[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tylko Tsotha zdawał się nie ulegać podobnym uczuciom.- Nasze \yczenia szybko obracają się w czyny - ozwał się wreszcie.- Jest naszą woląposzerzyć granice królestwa Koth.- I dlatego, wieprze, mego po\ądacie królestwa - warknął Conan.- Czymeś więcej jest, nizli tylko śmiałkiem zawłaszczającym koronę, do której praw niewięcej masz, ni\ jakikolwiek inny barbarzyński rozbójnik - odparował Amalrus.- Jesteśmyprzygotowani na danie ci stosownej kompensacji.- Kompensacja? - Z potę\nej piersi Conana dobył się grzmot basowego śmiechu.- Czylicena za infamię i zdradę! Barbarzyńcą jestem, mam tedy sprzedać me królestwo i lud jego, zacenę \ycia i waszego plugawego złota! Ha! Jakeś sam posiadł koronę, ty i ta siedząca obokciebie świnia o czarnym pysku? Wasi ojcowie walczyli i cierpieli, by podać wam korony nazłotych półmiskach; to, coście odziedziczyli bez kiwnięcia palcem - oprócz strucia kilku braci -ja wywalczyłem sobie sam!Siedzicie na pluszach, spijacie wino wyrabiane w pocie czoła przez waszych poddanychi gadacie o świętych prawach dziedzictwa - ha! Wspiąłem się na tron z otchłani nagiegobarbarzyństwa, a w tej wspinaczce równie łatwo przelewałem krew innych, jak i swoją.Jeśliktóryś z nas ma prawo władać ludzmi to, na Croma, jestem nim ja!Jakeście mi wykazali waszą wy\szość? Zastałem Aquilonię w uścisku świni wampodobnej - pyszałka, co swój ród na tysiące lat wstecz wywodził.Kraj szarpały wojnypomiędzy baronami, a lud cierpiał od ucisku, podatków i bezlitośnie ściąganych danin.Dziś\aden aquiloński wielmo\a nie powa\y się poniewierać najpodlejszego z mych poddanych,a powinności na naród nało\one najl\ejsze są w całym świecie.A wy? Twój brat, Amalrusie,trzyma wschodnią połać twego królestwa i zwalcza cię ze wszystkich sił.A twoi najmici,Strabonusie, w tej chwili oblegają zamki tuzina zbuntowanych baronów.Ludzie w waszychkrólestwach jęczą pod brzemieniem tenut i podatków, ale wy chcecie ograbić i moichpoddanych! Gdybym miał wolne ręce, wasze potrzaskane czerepy zbrukałyby tę posadzkę!Tsotha uśmiechnął się złośliwie, widząc wzbierającą w obu władcach furię.- Choćby to wszystko prawdą było, nie o tym tu chcemy mówić.Nie twoją rzeczą sąnasze plany.Twoja odpowiedzialność skończyła się; gdy podpiszesz ten oto pergamin, będącyaktem abdykacji na rzecz księcia Arpello z Pellii, dostaniesz konia, rynsztunek i pięć tysięcyzłotych lunów, po czym pod eskortą do wschodniej granicy odstawiony będziesz.- Chcecie pozostawić mnie w miejscu, gdziem był, nimem wkroczył w graniceAquilonii, by zaciągnąć się pod sztandary jej ówczesnej armii - z tym tylko, \e z piętnemzdrajcy odciśniętym na czole! - Zmiech Conana zabrzmiał jak krótkie, głębokie warknięciepustynnego wilka.- Arpello, czy tak? Miałem w podejrzeniu tego pellijskiego rzeznika.Czy niemo\ecie nawet kraść i rabować otwarcie, \e a\ takiej się imacie wymówki, na milę śmierdzącejoszustwem? Arpello przyznaje się do śladów krwi królewskiej w swych \yłach i dlategoposługujesz się nim, dla usprawiedliwienia złodziejstwa chcąc jego rękoma rządzić Aquilonią?Pierwej spotkamy się w Piekle!- Ty głupcze! - uniósł się Amalrus.- Wszak w naszej jesteś mocy i tak korony, jak \ycia,mo\emy cię zbawić, jeśli nam się zechce!Odpowiedz Conana nie była ani królewska, ani wytworna, a właściwa człowiekowi,którego barbarzyńska natura nigdy nie nagięła się do sztywnych ram dworskiego ceremoniału.Splunął prosto w twarz Amalrusa.Król Ophiru, chwytając za miecz, poderwał sięz wrzaskiem wściekłości i ruszył na Conana, dobywając wąską klingę z pochwy.Tsotha stanąłmu na drodze.- Wolnego, Wasza Wysokość; ten człek moim jest jeńcem.- Na bok, czarowniku! - wycharczał Amalrus, doprowadzony do szaleństwaszyderczym spojrzeniem niebieskich oczu Cymmeryjczyka.- Powiedziałem: stój! - ryknął Tsotha, a złość wykrzywiła jego oblicze paskudnymgrymasem.Szczupła ręka kapłana wystrzeliła z rękawa, a obłok pyłu spowił twarz Amalrusa.Tenzakrzyknął, cofając się chwiejnie, upuścił miecz, a dłońmi schwycił się za twarz; bezwładnieopadł na ło\e; kothyjscy stra\nicy patrzyli przed siebie niewidzącym wzrokiem, a Strabonus,obejmując naczynie dr\ącymi dłońmi, pośpiesznie wychylił puchar wina.Amalrus odjął ręce od twarzy i potrząsnął głową; z wolna jego oczy odzyskiwałynormalny wyraz.- Zaniewidziałem - stęknął.- Có\eś mi uczynił, czarowniku?- Drobna to była sztuczka, po to, być przypomnieć, kto jest tu rzeczywistym panem -rzucił Tsotha, zbywszy się pretensjonalnej maski dostojnika, obna\ając zarazem swąprawdziwą, złą naturę
[ Pobierz całość w formacie PDF ]