[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nagle ławeczka dziobowa pękła na pół.Oba kawałkipodpłynęły do pojemnika na robaki.Z lewej burty odpadła deska, potem druga, po prawej, na samejlinii wodnej.Hal wiosłował.Z jego ust z jękiem ulatywał suchy, rozgrzany oddech, w gardle wzbierałmiedziany posmak zmęczenia.Wiatr unosił mokre od potu włosy.W dnie łodzi utworzyła się zygzakowata szczelina, biegnąca od jego stóp aż po dziób.Dośrodka chlusnęła woda; najpierw sięgała mu po kostki, potem do połowy łydek.Wiosłował, leczłódka poruszała się bardzo opornie.Nie śmiał zerknąć przez ramię, by przekonać się, jak bardzo sięzbliżył.Odpadła kolejna deska.Szczelina biegnąca środkiem łodzi wypuszczała gałęzie, jak drzewo.Do wnętrza wlewała się woda.Hal wiosłował coraz szybciej, gwałtownie chwytając powietrze.Pociągnął raz.drugi.przytrzecim obie dulki odpadły.Zgubił jedno wiosło i cudem uratował drugie.Zerwał się z miejsca izaczął młócić nim wodę.Aódz zakołysała się i o mało nie wywróciła; ostre chybnięcie cisnęło go zgłuchym łomotem z powrotem na ławeczkę.W chwilę pózniej stracił kolejne deski.Aawka zapadła się i Hal leżał w wodzie, wypełniającejdno łódki, zaskoczony tym, jak bardzo jest zimna.Próbował dzwignąć się na kolana, desperackopowtarzając w duchu: Petey nie może tego zobaczyć, nie może widzieć, jak ojciec tonie na jegooczach, będziesz płynął, pieskiem, jeśli trzeba, byle naprzód, zrób coś.Rozległ się kolejny głośny trzask - niemal huk - i znalazł się w wodzie, płynął do brzegu tak,jak jeszcze nigdy w życiu - a brzeg był zdumiewająco blisko.Po minucie Hal stał już na dnie,zanurzony do pasa, pięć metrów od płazy.Petey z pluskiem rzucił się ku niemu, wyciągając ręce; krzyczał, płakał i śmiał sięrównocześnie.Hal, brodząc w wodzie, ruszył w stronę syna.Petey, zanurzony po pierś, także parłnaprzód.W końcu się złapali.Hal, oddychając ciężko ze zmęczenia, mimo wszystko dzwignął chłopca i zaniósł go na plażę.Tam obaj padli na piasek, dysząc.- Tato? Już jej nie ma? Tej brzydkiej-złej małpy?- Tak.Myślę, że chyba się jej pozbyliśmy.Tym razem na dobre.- Aódz się rozpadła.Tak po prostu - rozleciała się wokół ciebie.Hal zerknął na deski, unoszące się na wodzie jakieś sześć metrów dalej.Zupełnie nieprzypominały solidnej łódki, którą niedawno wyciągnął z szopy na przystani.- Już wszystko dobrze.- Oparł się na łokciu.Zamknął oczy, pozwalając, by słońce ogrzało mutwarz.- Widziałeś chmurę? - szepnął Petey.- Tak.Ale teraz jej nie dostrzegam.A ty?Spojrzeli na niebo.Tu i ówdzie pływały na nim białe obłoczki, lecz ani śladu wielkiej czarnejchmury.Zniknęła, tak po prostu.Hal pociągnął Peteya.- W domu będą ręczniki.Chodz.- Przystanął, patrząc na syna.- To wariactwo tak biec dowody.Petey spojrzał na niego z powagą.- Byłeś bardzo odważny, tato.- Naprawdę? - Ani przez moment nie myślał o odwadze.Czuł wyłącznie strach, strach takwielki, że przesłaniał cały świat.Jeśli ów świat w ogóle istniał.- Chodz, Pete.- Co powiemy mamie?- Nie wiem, olbrzymie.- Hal uśmiechnął się do syna.- Coś wymyślimy.Przystanął na moment, patrząc na pływające w wodzie deski.Jezioro znów się uspokoiło;małe zmarszczki migotały w słońcu.Nagle Hal pomyślał o wczasowiczach, których nawet nie znał -może ojcu i synu, zasadzających się na wielką rybę.Mam coś, tato! - krzyczy chłopak.Wyciągnij, tozobaczymy - odpowiada ojciec i z głębin, ciągnąc za sobą zaplątane w talerze wodorosty, szczerzączęby w upiornym powitalnym uśmiechu wynurza się.małpa.Zadrżał.Ale to w końcu tylko jedna z możliwości.- Chodz - powtórzył i razem ruszyli ścieżką przez płomienisty pazdziernikowy las, do domu.Notatka z Nowin Bridgońskich ,24 pazdziernika, 1980.TAJEMNICA MARTWYCH RYBBetsy MoriartySETKI martwych ryb zauważono w zeszłym tygodniu na jeziorze Crystal w sąsiednimmiasteczku Casco.Najwięcej z nich zginęło w pobliżu Hunter's Point, choć prądy w jeziorze niecoutrudniają dokładną lokalizację.Wśród martwych ryb znaleziono wszystkie gatunki, występujące wtutejszych wodach: szczupaki, miętusy, karpie, pstrągi tęczowe, a nawet zabłąkanego łososia.Władze łowieckie i wędkarskie są równie zdumione.PrzełożyłaPaulina ArbiterBUNT KAINAGarrish schronił się przed ostrym blaskiem majowego słońca w chłód hallu akademika.Minęło kilka dobrych chwil, zanim jego oczy przywykły do panującego wewnątrz budynkupółmroku, dlatego też na samym początku Harry, którego przezywano Bobrem, objawił mu się jakobezcielesny głos dobiegający z cienia.- Ale nam zadali bobu, sam powiedz - gorączkował się Bóbr.- To prawdziwe cholerstwo, conie?- Aha - potwierdził Garrish.- Było ciężko.Teraz dopiero zdołał dostrzec Bobra.Chłopak tarł dłonią usiane pryszczami czoło, a pot perliłmu się nawet pod oczami.Na nogach miał sandały, a ubrany był w sportową koszulkę z krótkimrękawem i numerem 69.Do koszulki miał przypięty okrągły znaczek z napisem, który głosił, żeniejaki Pipściński to szuja i gnojek.Olbrzymie wystające siekacze Bobra jaśniały w ponurym mrokuwestybulu.- A miałem zamiar dać sobie z tym spokój jeszcze w styczniu, zamienić na cokolwiek innego -zwierzał się Bóbr.- Wciąż mówiłem sobie: zdecyduj się, póki jest jeszcze czas.I wtedy termin nazamianę minął, no i musiałem albo zdawać to dziadostwo, albo mieć tyły.Myślę, że oblałem, Curt.Jak Boga kocham.Kierowniczka akademika stała w rogu, przy przegródkach na pocztę.Była to niezwyklewysoka kobieta, z urody przypominająca nieco Rudolfa Valentino.Jedną dłoń trzymała właśnie wkrótkim rękawie sukienki, usiłując wsunąć na miejsce ramiączko halki, które jej się zsunęło, drugązaś w tym samym czasie przytwierdzała do tablicy ogłoszeń kartkę z ostateczną datą opuszczeniaakademika.- Tak, ciężko było - powtórzył Garrish.- Chciałem ściągnąć trochę od ciebie, ale zabrakło mi odwagi, jak Boga kocham.Ten facet masokoli wzrok.Myślisz, że zdałeś na piątkę?- Być może nawet oblałem - powiedział Garrish.Bobrowi opadła szczęka.- Naprawdę myślisz, że mogłeś oblać? Ty? Naprawdę myślisz, że.- Teraz idę wziąć prysznic, dobra?- Jasne, Curt.No pewnie, idz.Czy to był twój ostatni egzamin?- Aha - potwierdził Garrish.- To był mój ostatni egzamin.Garrish przeciął hall i pchnął drzwi prowadzące na klatkę schodową.Klatka pachniała jakbokserski ochraniacz na jądra po wyjątkowo zajadłej walce.Który to już raz szedł tymi starymischodami? Jego pokój znajdował się na piątym piętrze
[ Pobierz całość w formacie PDF ]