[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zdawałem sobie sprawę, że jeżeli przed zmrokiem nienadejdzie pomoc, zginiemy.Ale pomoc nadeszła.Kierownik przystani zaalarmowałstraż wodną.Nie było mowy o powrocie do Warszawy, jak to wcześniej zaplanowaliśmy, byliśmyzziębnięci i wycieńczeni.W pensjonacie dano nam gorącej herbaty z wódką, co odrazu pomogło.Zakutani w koce siedzieliśmy przy stoliku w pustej jadalni, bobyło po sezonie, i patrzyliśmy na siebie, dwoje rozbitków.- Może nie byłoby zle zginąć razem - powiedziała nieoczekiwanie Halinka.- Ale lepiej jest żyć, uwierz mi - odrzekłem.,&i- Osobno?Nie odpowiedziałem, bo co mogłem odpowiedzieć.Dostaliśmy oddzielne pokoje.Wyczerpany niemogłem zasnąć, przewracałem się na niewygodnym146łóżku.Nad ranem usłyszałem, jak ktoś ujmuje klamkę u drzwi.Zamknąłem je naklucz.- Ryszard, to ja, wpuść mnie.Nie odezwałem się.Stała pod drzwiami długą chwilę, wydawało mi się, że płacze.Potem odeszła.Niedługo po tym wydarzeniu, po naszej przygodzie na Zniardwach, Halinkaobchodziła trzydzieste urodziny.Z tej okazji podarowałem jej szczeniaka, pomojej suce, seterce irlandzkiej, która parę miesięcy wcześniej się oszczeniła.Halinka oszalała na punkcie tego psa - dała mu na imię Amor - i wszędzie go zesobą zabierała.W instytucie leżał pod jej biurkiem i obserwował wchodzących.Jak ktoś mu się nie spodobał, podkradał się i znienacka łapał go za łydkę.Towarzyszył też swojej pani w podróżach służbowych, najczęściej w Bieszczady,gdzie instytut miał stację badawczą.W dniu urodzin Halinki zaprosiłem ją na kolację.Była taka restauracja na StarymMieście, Bazyliszek.Zdaje się, że przetrwała do dziś? Tam właśnie poszliśmy.- Nie mogę uwierzyć, że już stuknęła mi trzydziestka - powiedziała Halinkamelancholijnie.- Wszystko przed tobą, powinnaś spróbować ułożyć sobie życie - zacząłemostrożnie.Wyraz jej twarzy nagle się zmienił.- Może masz już dla mnie kandydata na męża? -spytała ostro.- To twoje życie.- Więc pozostaw je mnie!Chyba miała rację.Nie powinienem się wtrącać, ale bardzo chciałem, żeby byłaszczęśliwa.147Nie była.Jej radosny uśmiech, który tak lubiłem, bezpowrotnie zniknął, a woczach pojawiła się rezygnacja.Nie przypominała już osoby, którą ujrzałem nanabrzeżu w kołobrzeskim porcie, i miałem pewność, że ja jestem temu winien.Nasze kontakty na jakiś czas się rozluzniły, już do siebie codziennie nietelefonowaliśmy i nie spotykaliśmy się zbyt często.Któregoś dnia po wyjściu z pracy zauważyłem, że na masce mojego samochodu ktośpołożył bukiecik stokrotek.Od razu się domyśliłem, że to ona.Tak mnie towzruszyło, że nie zastanawiając się, pojechałem do niej.Otworzyła mi drzwi,przypadliśmy do siebie.To była chwila, kiedy moje życie mogło sięnieodwracalnie zmienić.Niczego bardziej nie pragnąłem w tym momencie, niż być ztą kobietą, zostać z nią na zawsze, a jednak odsunąłem ją od siebie i wyszedłem.I znowu nie widzieliśmy się kilka miesięcy, bo Halinka wyjechała w Bieszczady.Po powrocie zadzwoniła do mnie.Opowiadała trochę o pracy, a także o tym, jakAmor znosił życie w traperskich warunkach.Był bardzo dzielny i czuł się wobowiązku strzec swojej pani.Kiedy w nocy wyły wilki, kładł się przy drzwiach igroznie warczał, a przecież wystarczyło, żeby wilk tylko kłapnął zębami.- Tam jest naprawdę przepięknie, dziko i pięknie, mogłabym tam mieszkać ihodować barany.A ty? Nie przyłączyłbyś się do mnie?- Przecież wiesz, że ja jestem żeglarz - odrzekłem żartem.- Muszę mieć stopęwody pod kilem.Czułem się strasznie, jak tchórz, bo Halinka proponowała mi wspólne życie, a japo raz kolejny zrobiłem unik.148Tęskniłem za nią, czas niczego nie leczył, mimo że znowu pojawiły się innekobiety.Potrzebowałem ich jako alibi, ale zawieranie nowych znajomości nieprzychodziło łatwo, bo straciłem ku temu wszelkie zainteresowanie.Odczuwałemzniecierpliwienie i pustkę.Denerwowały mnie rozmowy o niczym, paplanina moichchwilowych partnerek.W końcu dałem sobie spokój z podrywaniem, po prostu mi nieszło.Komu by się zresztą podobał ponury facet, patrzący spode łba.Przestałemjezdzić w okolice Mińska, bo moje samotne wycieczki mogłyby wzbudzićpodejrzenia.Materiały przekazywałem bezpośrednio lub nadając z wieży kościołaśw.Anny.Było to dużo bardziej niebezpieczne, ale nie dbałem o to.Myślę, że powinienem tu wspomnieć o pewnym zdarzeniu związanym z Halinką, którebyć może nie pokazuje mnie z najlepszej strony.Którejś soboty byliśmy z Halinkąna brydżu u jej przyjaciół, o których ci już wspominałem.Tak, profesor, młodażona i dwie córeczki.W pewnej chwili wyszedłem na taras zapalić papierosa.Mijając hol, zauważyłem torebkę Halinki na konsoli pod lustrem.Dłuższą chwilęstałem na schodkach przed domem, okno było otwarte, słyszałem więc dochodzące zpokoju głosy.Dominował głos Halinki, która coś żywo opowiadała, potem zaczęłasię śmiać.Kim ona jest? - przemknęło mi przez myśl.Wracając do pokoju, zatrzymałem się przy lustrze i odruchowo, niemal bezwiednieotworzyłem jej torebkę.Były w niej kosmetyki, puderniczka, grzebień, chusteczkihigieniczne.Odsunąłem zamek bocznej kieszeni i wyjąłem dokumenty.Dowódosobisty, prawo jazdy.Właśnie zaglądałem pod plastikową okład-149kę, kiedy z kuchni nieoczekiwanie wyszła Janka, przyjaciółka Halinki, niosąc natacy filiżanki z herbatą.Oboje znieruchomieliśmy.-Ja.- zacząłem, nie wiedząc, jak mam się tłumaczyć.Ona wyprostowała się i powiedziała zimno:- To mnie nie interesuje.Nie wiem, co sobie pomyślała.Nie wiem też, czy wspomniała o tym incydencieHalince.Chyba nie, bo nie wyczułem żadnej zmiany w jej zachowaniu.Janka nadal traktowała mnie uprzejmie, jak zawsze, a jednak miałem wrażenie, żeod tej chwili coś się między nami popsuło.Halinka znów wyjechała na badania, a ja którejś soboty po prostu wsiadłem doswojego starego samochodu i ruszyłem jej śladem.To były jedne z piękniejszychdni w moim życiu.Chodziliśmy po lesie, zapadając się do pasa w zaspach, był znami Amor, który skakał jak kangur.Znikał w puchowej pierzynie, a potemwyskakiwał niczym pocisk, jego długie uszy falowały w powietrzu.- Wiesz, że on rozumie"nawet moje myśli - powiedziała Halinka.- Chyba wpoprzednim wcieleniu byliśmy parą.Wieczorem do chaty zbudowanej z potężnych bali schodzili się inni naukowcy iodbywała się wspólna kolacja.Ogień strzelał na kominku.Każdy z tych mężczyznbyłby dla niej odpowiedniejszym kandydatem niż ja - myślałem.Byli naprawdęwspaniali.Rozmawiając z nimi, miałem wrażenie, że znalazłem się na innejplanecie, na planecie ludzi wykształconych, myślących.I byłem ciekawy, conaprawdę myślą.150- Kochany sąsiad, który nas trzyma za gardło, raczej ma się dobrze, kurczę blade- powiedział w pewnej chwili brodacz w owczym swetrze.Takie były wtedy Polakówrozmowy, zawsze w końcu schodziło na tematy polityczne.- Może to i dobrze, bojakby tam wszystko gruchnęło, taki smród by poszedł, że otrułby cały świat.- To co? Nic nie robić, tylko siedzieć dalej w tym najweselszym baraku w obozie?- obruszył się inny, też brodaty i też w grubym wełnianym golfie, a dodatkowo wokularach
[ Pobierz całość w formacie PDF ]