[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dlatego nazywają mnie Ucz. A czego pan uczył? Geografii.Interesowały mnie również badania Aurientu15.Ale zrezygno-wałem i postanowiłem zarabiać na życie mieczem. Chociaż wcześniej przez całe życie był pan nauczycielem? Przyznaję, wymagało to zmiany perspektywy.15Ankhmorporska nazwa Kontynentu Przeciwwagi i pobliskich wysp, oznaczająca miejsce,skąd bierze się złoto.64 Ale.no.przecież.niedostatki, straszliwe zagrożenia, codzienne na-rażanie życia.Saveloy ucieszył się wyraznie. Więc pan też uczył kiedyś w szkole?Rincewind obejrzał się, słysząc czyjeś krzyki.Dwóch członków Srebrnej Ordykłóciło się, stojąc niemal nos w nos.Saveloy westchnął ciężko. Próbuję nauczyć ich szachów wyjaśnił. To kluczowe dla zrozumieniaaurientalnej duszy.Obawiam się jednak, że obca im jest koncepcja wykonywaniaruchów po kolei.A gambit otwierający rozumieją tak, że król razem ze wszystki-mi pionkami pędzą przez szachownicę i podpalają obie wieże.Rincewind przysunął się bliżej. Tak między nami.Przecież to Dżyngis Cohen powiedział. Czy oncałkiem oszalał? Znaczy.zabić paru geriatrycznych kapłanów i ukraść parę bły-skotek, to owszem.Ale samotny atak na czterdziestotysięczną gwardię to pewnaśmierć! Ależ on nie będzie atakował samotnie!Rincewind niepewnie zamrugał.Było w Cohenie coś takiego, że ludzie zara-żali się jego optymizmem jak grypą. No tak.Tak, oczywiście.Przepraszam.Całkiem o tym zapomniałem.Sied-miu przeciwko czterdziestu tysiącom? Nie sądzę, żebyście mieli jakieś kłopoty.Chyba już pójdę.I to raczej szybko. Mamy plan wyjaśnił Saveloy. To jakby. zastanowił się. Nowie pan.coś takiego.pszczoły tak robią.I osy też.I chyba niektóre meduzy.Niech to, uciekło mi słowo.W każdym razie to będzie największe w historii.Rincewind raz jeszcze spojrzał na niego tępo. Widziałem gdzieś chyba zapasowego konia powiedział. Może dam panu to zaproponował Saveloy. Wtedy pewnie pan zrozu-mie.Tu właściwie wszystko jest wyjaśnione.Wręczył Rincewindowi niewielki plik kartek związanych przeciągniętymprzez róg sznureczkiem.Mag wcisnął je szybko do kieszeni.Zauważył tylko tytułna pierwszej stronie.Tytuł brzmiał:CO ROBIAEM NA WAKACJACH65* * *Wybór był dla Rincewinda całkiem jasny.Z jednej strony istniało miasto Hun-ghung, oblegane, pulsujące rewolucją i niebezpieczeństwem.Z drugiej strony byłareszta świata.Uznał zatem za ważne, by wiedzieć, gdzie leży Hunghung, aby przypadkiemtam nie trafić.Dokładnie wysłuchał wskazówek Saveloya, po czym ruszył w prze-ciwną stronę.Znajdzie jakiś statek i wróci do domu.Oczywiście, magowie będą zdziwieni,kiedy go zobaczą, ale zawsze może powiedzieć, że nie zastał nikogo w domu.Góry ustąpiły miejsca porośniętym krzakami pagórkom, a te z kolei nieskoń-czonej z pozoru, wilgotnej równinie.W zamglonej dali widział rzekę tak krętą, żepołowę dystansu musiała płynąć do tyłu.Równina była pokryta szachownicą pól.Rincewind lubił wiejskie tereny, podwarunkiem że nie wznosiły się nagle, by się z nim zderzyć.Wolał też, by je-śli to możliwe znajdowały się po przeciwnej stronie miejskich murów.Aleto właściwie nie były wiejskie tereny, przypominały raczej ogromną, pozbawio-ną płotów farmę.Od czasu do czasu wyrastały z pól wielkie głazy, wyglądająceniebezpiecznie narzutowo.Niekiedy dostrzegał w oddali pracujących ciężko ludzi.O ile mógł zauważyć,ich zadanie polegało na przemieszczaniu błota z miejsca na miejsce.Z rzadka widział człowieka stojącego po kostki w zalewającej pole wodziei trzymającego na sznurku bawołu.Bawół pasł się, a czasem wypróżniał jelita.Człowiek trzymał sznurek.Zdawało się, że to jego jedyne zajęcie i cel życia.Na drodze spotykał niewielu podróżnych.Na ogół pchali taczki wyładowa-ne bawolim nawozem, a może i błotem.Nie patrzyli na Rincewinda.Więcej na-wet: bardzo starannie nie zwracali na niego uwagi.Przechodzili obok, wpatrzeniw skupieniu na rozgrywające się na polu sceny dynamiki błota albo bydlęcychruchów jelitowych.Rincewind pierwszy był skłonny przyznać, że myśli dość powoli16.Ale bywałw świecie i potrafił zaobserwować pewne objawy.Ci ludzie nie zwracali na niegouwagi, ponieważ zwyczajnie nie widzieli jadących konno.Prawdopodobnie pochodzili od ludzi, którzy nauczyli się, że zbyt uważneprzyglądanie się komuś na koniu powoduje ostry ból, jaki może być skutkiemuderzenia trzcinką w ucho.Niezwracanie uwagi na konnych stało się cechą dzie-dziczną.Ludzie przyglądający się konnym w sposób, który można uznać za na-tarczywy, nie dożywali wieku umożliwiającego rozmnażanie.16W rzeczywistości był siedemdziesiątym trzecim skłonnym to przyznać.66Postanowił przeprowadzić eksperyment.Kolejne taczki, jakie mijał, nie wio-zły błota, ale ludzi sześciu, na siedzeniach po obu stronach dużego centralnegokoła.Napęd wspomagający stanowił niewielki żagiel wzniesiony nad pojazdem,by chwytał wiatr.Zasadniczym jednak napędem było zródło energii dominującew wiejskich społecznościach, to znaczy czyjś pradziadek.A przynajmniej ktośwyglądający na pradziadka.Cohen mówił: Są tu ludzie, co potrafią pchać taczki przez trzydzieści milna misce prosa z jakimiś śmieciami.Co ci to mówi? Bo mnie to mówi, że ktośpodświnia całe mięso.Rincewind postanowił więc zbadać dynamikę społeczną, a przy okazji odku-rzyć znajomość języka.Minęło wiele lat, odkąd ostatni raz używał agatejskiego,ale musiał uczciwie przyznać, że Ridcully się nie pomylił.Rzeczywiście miał ta-lent do języków.Agatejski składał się z kilku podstawowych zgłosek, wszystkoinne zaś polegało na tonie, intonacji i kontekście.Gdyby nie one, słowo okre-ślające przywódcę wojskowego było też słowem oznaczającym dłogoogoniastegoświstaka, męski organ płciowy i stary kurnik. Hej, wy tam! zawołał. Tego.zginać bambusa? Wyrażenie dezapro-baty? No.chciałem powiedzieć.Stać!Taczka zwolniła i zatrzymała się.Nikt na niego nie patrzył.Spoglądali gdzieśpoza niego, wokół niego albo na jego stopy
[ Pobierz całość w formacie PDF ]