[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przecie ten grunt już nie wasz. Ino czyj?. wrzasnął rozgniewany chłop i ująwszy go za piersi,wyciągnął na podwórze. Poszły!. dodał usuwając się drugiemu parobkowi, który z bu-tami w rękach opuszczał stajenkę.Wygnani mrucząc poczęli się ubierać; Zlimak wziął żonę na ręce iułożył ja na ciepłym jeszcze barłogu.Kobieta ciężko dyszała. Będzie z tego interesu proces! odezwał się starszy parobek.Tak nie można oszukiwać ludzi.Stary na wasze słowo sprowadziłKnapa, żonę wam jak należy opatrzył, a wy po nocy od kontraktu ucie-kacie.Uczciwy z was kupiec!. Pewno Gede go podjudził wtrącił drugi parobek.NASK IFP UGZe zbiorów Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG196 Gede nie jest taki podły odparł starszy on dotrzyma układu.To %7łydem pachnie.Musieli go namówić Josel z Hirszgoldem, obapsubraty, co nas wszystkich w nieszczęście wciągnęli.Rozdrażniony Zlimak zatrzasnął drzwi stajenki.Obaj Niemcy pod-nieśli głos: Zapłacisz ty za szachrajstwo!. Gruntu ci nie wystarczy. Zobaczysz, jak cię %7łydki wykwitują. Z głodu zdechniesz albo będziesz wyciągał rękę pod kościołem. Całujta mnie!. odkrzyknął im Zlimak.Odwrócili się i odeszli w stronę kolonii grożąc pięściami i wymy-ślając po polsku i po niemiecku na przemian.Gdy umilkły ich gniewnegłosy.Zlimak wyszedł ze stajni i począł błąkać się po podwórku nasłu-chując, czy nie jedzie kto gościńcem. Nic nie pomoże myślał trza sprowadzić jaką babę i felczera.Niekiedy otwierał skrzypiące drzwi stajenki i zaglądał do żony.Zdawało mu się, że śpi, nieco uspokojona, bo już nie chrapała.Tak przewałęsał się do rana.Po wschodzie słońca rzucił paszykrowom i napoił je, a gdy się całkiem rozwidniło, wszedł do stajnichcąc się trochę przespać.Zastanowił go spokój żony.Więc choć mu się oczy kleiły i huczałow głowie, podszedł do niej i obejrzał skupiając resztę uwagi.Targnął jąza rękę, dotknął ust nie ruszyła się.Umarła i już nawet ostygła Ot, masz!. mruknął. A.a.niech już wszystko diabli we-zmą!.Zamknął się w stajni i zgarnąwszy trochę słomy do kąta, legł naniej.Po kilku minutach twardo zasnął.Było już po południu, kiedy zbudził go blask i krzyk.Otworzyłoczy i zobaczył nad sobą starą Sobieską. Wstawaj, Zlimaku!.A dyć wasza umarła.Na szczęt umarła. Cóż ja poradzę? odparł chłop.Obrócił się brzuchem do ziemi ijeszcze lepiej naciągnął kożuch na głowę. Trzeba kupić trumnę.Dać znać do parafii. Niech se ta inni dają znać. Kto da?. krzyczała baba.-We wsi gadają, że was sam Pan Bógpokarał za Owczarza i sierotę.Niemce na was pomstują, że hal.boten gruby młynarz z Wólki pokłócił się z nimi i odjechał.Nawet mnieJosel nie kazał tu iść i mówi, że wam teraz wyłażą bokiem kurczęta,coście kolejnikom tamtych lat sprzedawali.Zawzięty %7łyd, maleńko,NASK IFP UGZe zbiorów Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG197żem mu ukropem ślipiów nie zalała.No, ruszta się, Zlimaku!. mó-wiła baba szarpiąc go za kożuch. Ej!.niechaj mnie odezwał się chłop stłumionym głosem bojak cię kopnę, to wszystka wódka z ciebie wyciecze. O ty bezbożniku!.psiawiaro!.odszczepieńcze od Kościoła bo-skiego!.Adyżeś ty naprawdę sumienie stracił, iże się wylegujesz, kie-dy twoja rodzona czeka chrześcijańskiego pogrzebu.Upamiętajcie się.Zlimaku. Całuj mnie!. wrzasnął chłop i machnął w powietrzu nogą, ażimpet wionął na Sobieską.Baba podniosła ręce do góry i lamentującpobiegła na wieś.Zlimak pchnął drzwi i znowu zasłonił się kożuchem.Serce jegoopanowała nieugięta, chłopska zaciętość, bo już był pewny, że giniebez ratunku.Nie skarżył się, niczego nie żałował, a myślał tylko o jed-nym: ażeby zasnąć i umrzeć we śnie.Wrogowie go przeklęli, znajomiopuścili, najbliżsi zstąpili do grobu.Nie miał nic i nikogo; jak światduży, nie było ludzkiej ręki, która by go wydzwignęła z rozpaczy, abodaj podała mu skorupkę wody, choć palony gorączką, pragnął.Ura-tować mogło go tylko miłosierdzie boskie; lecz on już w miłosierdzieboskie nie ufał.Kiedy tak leżał twarzą do ziemi, aby nie spojrzeć na trupa żony,słońce opuściło się za zachodnie pagórki; od wsi kościelnej doleciałgłos wieczornego dzwonu, a w chatach pobożne kobiety zaczęły szep-tać: Anioł Pański.Jednocześnie w górze na gościńcu ukazał się czar-ny, zgarbiony cień.Szedł on wprost ku zagrodzie Zlimaka, powoli, zworem na plecach, z kijem w garści, otoczony blaskami słońca.Wła-śnie jak anioł Pański, którego miłosierny Ojciec zsyła ludziom w ostat-niej potrzebie.Był to Jojna Niedoperz, najstarszy i najbiedniejszy %7łyd w okolicy.Wszystko robił i wszystkim handlował, ale nigdy nic nie miał.Z licznąrodziną mieszkał w ustronnej chacie, której jeden róg zapadł w ziemię,brakło czwartej części dachu, a w oknach, zabitych deszczułkami i po-zaklejanych papierem, tylko gdzieniegdzie błyszczała rozbita szybka.Jojna szedł do wsi, gdzie miał nadzieję, że połata jaką sztukęodzienia Grzybowi albo Orzechowskiemu, a w najgorszym razie zała-twi jaki interes szynkarzowi Joselowi, który często nim się posługiwał ilicho płacił.Mrozny wiatr trząsł jego pejsami, targał poszarpaną brodę,szczypał krwią nabiegłe powieki i usiłował wedrzeć się pod kapotę,popstrzoną gęstymi łatami.%7łyd chuchał w sine palce, przekładał swójNASK IFP UGZe zbiorów Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG198wór z ramienia na ramię i idąc medytował o familijnych kłopotach
[ Pobierz całość w formacie PDF ]