[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Serią namiętnych pocałunków i powolnychliznięć, zaczął wędrówkę, poruszając się po piersiach z wprawą wytrawnegopodróżnika.Nie miała pojęcia, jak tego dokonał, ale jednym zgrabnym ruchemuwolnił biust z sukni i gorsetu, po czym zamknął usta na stwardniałym sutku i zacząłssać.Kolana się pod nią ugięły, ale przytrzymał ją, chwyciwszy za pośladki szerokądłonią. Zadrżała, a z jej rozchylonych ust dobył się jęk.Nachyliła się do przodu, wsunęła mu palce we włosy i pocałowała w policzek,szorstki od wieczornego zarostu.Teraz on jęknął, drżąc słabo pod jej dotykiem.Oderwał głowę od piersi, poszukałjej ust i wycisnął na nich dziki pocałunek, którym domagał się wszystkiego, co miałado zaoferowania.Tonąc w ciemnym morzu pożądania, uległa, odpowiadając na jego pocałunkiz niecierpliwością i nienasyceniem, o jakie nigdy by się nie podejrzewała.Ale przytym mężczyznie wszystko wydawało się możliwe, rozkosz zdawała się nie miećgranic.Jej zmysły skoncentrowały się wyłącznie na nich dwojgu, rejestrując jedynieciepłą, wilgotną jedwabistość jego ust, posuwistą finezją dotyku, odurzającą głębięczystego, męskiego zapachu, który upajał ją i pogrążał w letargu.%7łeby poczuć goi smakować jeszcze mocniej, zacisnęła pięści na połach jego fraka, oddychającurywanie, gdy ich języki ruszyły w dziki taniec.Nie bardzo świadoma tego, co dziejesię dokoła, pozwoliła, by pociągnął ją w dół, sadzając na jednym ze swych mocnychud i przytrzymując silnym ramieniem.Coś twardego i dużego rysującego się podspodniami wpiło jej się w biodro.O niebiosa, pomyślała, czy to jego męskość.Słyszała w głowie dochodzący gdzieś z oddali głosik, ostrzegający, że sprawytoczą się zdecydowanie zbyt szybko, że już zaszły za daleko.Zignorowała przestrogę,zbyt zatopiona w morzu doznań, by się wycofać.Przeszył ją dreszcz, kiedyprzejechał jej dłonią po plecach i pośladkach, głaszcząc przez ubranie, tak jak pragnąłzrobić wcześniej na parkiecie.Zasypawszy pocałunkami jej policzki i brodę,przebiegł ustami aż po nasadę szyi.Tam zaczął ssać delikatną skórę, co sprawiło, żetętno jej zatrzepotało niczym spłoszony ptak skrzydłami.Kika sekund pózniej wsunął wolną rękę pod spódnicę jej sukni i położył nakolanie.Trzymał ją tam przez parę długich, długich chwil, po czym bardzo powolizaczął przesuwać ku górze, aż dotarł do końca pończochy i nagiej skóry udarozciągającej się wyżej.Zalało ją gorąco, rozchodzące się po całym cielez prędkością pożaru, w środku między nogami poczuła bolesne pragnienie.Przesuwając ją lekko, znowu wpił się jej w usta, koncentrując uwagę na cudownejgrze warg i języków.Pochłonięta cudownością pocałunku, nie zauważyła, że znowuzaczął przesuwać dłoń ku górze, dopóki nie położył jej w miejscu, w którympragnienie było najbardziej dojmujące.Natychmiast otworzyła oczy w odpowiedzi na ten niespodziewany dotyki wyswobodziła się z jego ust.- Och.Co pan.- Instynktownie zabrała rękę z jego pleców i przez suknięchwyciła markiza za nadgarstek.- Proszę przestać.- Przestać? - wydyszał, patrząc jej w oczy wzrokiem, w którym pożądaniemieszało się ze zdziwieniem.- Dlaczego?- Bo ja.- urwała, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć, ani nawet tego, co naprawdęczuje.Każdy jego dotyk był jak dotąd rozkoszą i na pewno byłoby tak dalej.Jednak nie powinnam tego ciągnąć, prawda, pomyślała.Jego oczy nagle się zwęziły.- Przecież już cię tam pieścił? Pieścił? Kto?Odruchowo pokręciła przecząco głową - zgodnie z prawdą, jako że nigdy jeszczeżaden mężczyzna jej tam nie dotykał.Jednak już chwilę pózniej dotarł do niej senspytania.Zesztywniała.Dobry Boże, pewnie mówi o moim rzekomym mężu! Raptemzaczęła się gwałtownie szamotać, usiłując zejść z jego kolan.Nie puszczał jej jednak,choć zsunął dłoń na udo.Wielkie nieba, co ja zrobiłam, pomyślała z tłukącym się w piersiach sercem.- Więc spał z tobą, ale nie robił nic poza tym? - dopytywał się Vessey twardym,acz cichym głosem.Gdy nie odpowiedziała, ciągnął: - Musiał być z niego nie ladaprostak.- Nie, wcale nie - zaprzeczyła zdecydowana bronić swego męża, nawet jeśli byłwymyślony.- Był bardzo.dobry i.delikatny.Ale byliśmy.byliśmy oboje.-W ataku paniki pomyślała: Jacy byliśmy?- Młodzi - podpowiedział markiz.- To chcesz powiedzieć?- Tak.Byliśmy młodzi.A teraz pozwól mi odejść.Nie powinnam do tegodopuścić, ani w ogóle tu przychodzić.To był błąd, którego żałuję.- Doprawdy? - bąknął
[ Pobierz całość w formacie PDF ]