[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ty i twoi przyjaciele je-steście czarnuchami. Dotknął ręką daszka czapki, a jegouśmiech nie był już tak promienny, gdy dodał: Straszną głu-potą jest myśleć, że człowiek jest tym, co robi.Jest tylko tym,kim pozwalają mu być inni.Wybierajcie dobrze swoich panów,to moja życzliwa rada, a problemy skóry, tyłka czy kasy zniknąjak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Spojrzał na Jodiei jego uśmiech odzyskał blask. No, wstawaj, laleczko, teraz twoja kolej.156Forrest próbował odebrać mu pistolet, ale strażnik odparłatak i brutalnie uderzył go kolanem w twarz.Potem wycelowałw Jodie. Chcesz, żebym załatwił ją tutaj? zapytał.Pokonany Forrest usiadł.Krew zalewała mu oczy. Chodz, ślicznotko powtórzył znowu uśmiechnięty Mu-rzyn. Wsiadaj do windy.Jodie usłuchała, drżąc.Taki los spotyka pracowników, któ-rzy łamią regulamin pracy, chichotał okrutny głosik w jej gło-wie.Szła jakby korytarzem śmierci, na którego końcu, zamiastkrzesła elektrycznego czy komory gazowej, czekała koszmarnawinda na koszmarne piętro.Kiedy podeszła do szybu, dostrzegła coś na skraju pola wi-dzenia.Dwóch mężczyzn w czerni kryło się przy ścianie na le-wo od wind, obok ekspresu do kawy.Jeden z nich gestem na-kazał jej milczenie.Potem wszystko potoczyło się w zawrotnymtempie.Mężczyzni wybiegli i otworzyli ogień do Flinta.Murzyn osunął się, nie oddawszy nawet jednego strzału.Komando podeszło do niego. Muszę przyznać mu rację powiedział jeden z mężczyzn. Trzeba dobrze wybierać swego pana.Forrest, który miał nogi jak z waty, zdołał wstać, opierającsię o ścianę. Jesteście z policji?Mężczyzni popatrzyli na siebie i wybuchnęli gromkim śmie-chem. Uchowaj Boże! odpowiedzieli chórem.Forrest niepewnie spojrzał na ciało Rona Flinta.Nigdzie niezobaczył śladu krwi. Czy on nie żyje? zapytał. Nie, został tylko znokautowany.157Schowali broń do wielkiej torby i wyjęli z innej MP5 Heckler& Koch, który załadowali i uzbroili. Jego chcieliśmy wziąć żywcem wyjaśnili.Sarah i Tim (ciąg dalszy)Garson nie został wysłany na szóste piętro tylko po to, żebydać im do zrozumienia, że wpadli w pułapkę.Chciano takżewykorzystać przeciwko nim jego strach.Ten bezsensowny strach przed przepaścią.Lęk, że runie wotchłań bez dna. To typowy koszmar karierowicza ironizował Tim, żebyukryć zdenerwowanie.Być może zresztą sen Garsona był podświadomym wyrazemnicości, jaka zawładnęła jego życiem.Bez względu na zródło lęków Garsona przepaść, z którą mie-li teraz do czynienia, była pozbawiona wszelkich cech metafory.Zakradła się w ich rzeczywistość za sprawą mocy Wilków.Istała się realna, niebezpiecznie, obłąkańczo realna.Zimna, ciemna otchłań otwierała się na oczach przerażo-nych przyjaciół pośrodku holu.Czarna dziura wchłaniaławszelką materię, rosła, pożerając podłogę.To było niemożliwe, a jednak pod nimi nie istniały już pię-tra, zniknęły fundamenty.Po prostu nie było żadnej materii.Tylko przyprawiająca o zawrót głowy, wciąż powiększająca siępustka.Podłoga wyglądała jak kartka papieru, która wypala sięod środka.Cuchnące, ciepłe opary buchały z tej ciemni bezdna.Przywarli do ściany i przesuwali się ku windzie.Pierwszyszedł Tim, za nim Sarah, a na końcu Neil Garson.Tim energicznym ruchem wcisnął guzik przy windzie.Od-wracając się do Sarah, zobaczył, że przepaść wciąż się rozrasta158i że z podłogi zostały już tylko pasy wokół ściany, jak biegnącapod murem ścieżka wartowników albo mnichów w starymklasztorze.Jeszcze raz wcisnął przycisk, ale winda nie drgnęła.Zrozu-miał, że nie mogą na nią czekać.To, co przemieniło się w szlakwiodący po grzbiecie górskim, jeszcze się zwęziło i miało terazzaledwie dwadzieścia centymetrów szerokości. Raczej nie powinniśmy tu zostawać stwierdziła Sarah. Racja przyznał Tim zawróćmy.Ruszyli wąskim pasem podłogi.Jako pierwszy szedł Garson,za nim, w dziwacznym szeregu, bez lin, bez haków, Sarah iTim, prowadzeni nad przepaścią przez pijaka. Pospiesz się, Garson! ponaglał Tim. Pospiesz się! Pokonali kąt prosty i ruszyli wzdłuż ściany sali obrad.Za-ledwie dwa metry dzieliły ich od otwartych drzwi, gdy naglepróżnia pochłonęła wąski pas, jaki pozostał z podłogi. O nie! jęknęła Sarah. Ruszajcie się, trzeba przeskoczyć na tamtą stronę! krzyknął Tim, popychając Garsona nad ramieniem Sarah. Nie dam rady jęknął skamieniały ze strachu dyrektor. Więc się cofnij i daj nam przejść powiedział Tim, któ-rego pozorny egoizm w rzeczywistości wynikał z troski o Sarahi z woli ratowania jej życia.Ale Garson ich nie przepuścił, bo nie był zdolny podjąć ja-kiejkolwiek decyzji.A ponieważ Tim obawiał się nakłaniać Sa-rah do obejścia Garsona pas podłogi był za wąski, żeby mo-gły się na nim minąć dwie osoby, a reakcji ogarniętego panikąmężczyzny trudno było przewidzieć zmarnowali ostatniąszansę na ocalenie.Teraz było już za pózno, żeby skakać, nawetjeśli miało się więcej odwagi i zręczności niż Neil Garson.159Podłoga przed drzwiami zniknęła, przepaść już ich dosięgała;skrawek podłogi pod ich stopami kurczył się jak wysuszonaskóra teraz jednak nie tylko na szerokość, ale i na długość pożerany od strony drzwi.Niepewnym krokiem Tim, Sarah i Garson cofnęli się do za-łomu muru, a potem ruszyli wzdłuż prostopadłej do niej ścia-ny.Jednak wkrótce nie mieli już dokąd iść.Zamarli.Mogli staćtylko na palcach, całym ciałem przywierając do muru, który byłprzerażająco gładki i nie dawał oparcia dłoniom.Nagle pas podłogi przestał się zwężać, otchłań pożerała goteraz wzdłuż i zbliżała się do stóp Garsona.Przerażony dyrektor próbował zająć miejsce Sarah i kur-czowo trzymał ją za rękaw. Niech mnie pani przepuści! wył, zrozpaczony. Lito-ści, niech mnie pani puści! Spokój nakazał Tim, świadomy ryzyka, na jakie nara-ziłby ich każdy gwałtowny ruch.Ale Neil Garson wcale nie zamierzał się uspokoić i Sarahmusiała z nim walczyć. Spadnę chlipał
[ Pobierz całość w formacie PDF ]