[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pani je oglądała nieraz, prawda? Czy może jepani opisać?— Mogę, oczywiście mogę.Pewnie niedokładnie, nie znamsię na klejnotach i nie jestem historykiem sztuki, ale to byłyrzeczy bardzo piękne i bardzo stare, chyba z siedemnastegowieku, dzieła florenckich i weneckich złotników.Najlepiejpamiętam sztylecik, taki niewielki, o klindze wąskiej i ostrej jakigła, rękojeści wysadzanej diamentami i rubinami, garda byłaprosta i krótka, też wysadzana kamieniami.Na ostrzu miał cośw rodzaju podziałki, jakąś miarę, ale nierówno znaczoną.— Wiem — powiedziałem cicho — to działomiar.Posiadaniesztyletów było w niektórych okresach zakazane, robiono więcna głowni podziałkę działomiaru, bo to też były pręty otrójkątnym przekroju.Ten sztylet.Krótki jelec wysadzanykamieniami, wąska rękojeść.Pamięta pani te kamienie?— Na gardzie, czy.jak to pan powiedział?— Na jelcu.—.na jelcu były właściwie trzy kamienie.Jeden duży i dwamniejsze na krańcach.Oprócz sztyletu, który byłnajpiękniejszy, bardzo prosty przy tym w kształcie, leciutki idelikatny, pamiętam dwa puste medaliony z łańcuszkami,pokryte jakimś ornamentem, już nieco zatartym, jakieś sceny.—.mitologiczne — podpowiedziałem machinalnie.— Skąd pan wie? — zdumiała się.— To ulubione motywy renesansowych złotników —mruknąłem.— I co jeszcze?— Kilka brosz różnych wielkości, bransolet i pierścieni.Mówiła dalej, słyszałem jej głos, ale nie rozróżniałem słów.To, czego dowiedziałem się o zbiorach profesora, niewykraczało poza zakres elementarnych informacji orenesansowym i barokowym złotnictwie włoskim i francuskim,a jednak zdawało mi się, że jest w tym jakiś znajomy ton, że nadnie pamięci kołacze się jakieś odległe, niejasne wspomnienie,wskrzeszone teraz nieoczekiwanie, wciąż jednak mgliste,niepewne, związane z czymś odległym i przyjemnym, z czymś,co nałożone na atmosferę tego domu, gabinetu profesora,książek i notatek, a także dawnych moich studiów, poszukiwańi prób, pojawiło się teraz wśród napotkanych tu ludzi,odnawianych kontaktów, odkrywanych na powrót sekretówzawodu, z którym tak dawno się rozstałem.Lecz głębiej, pozawszystkim, co nienazwane, kryje się coś jeszcze, co wcale niebudzi uczuć przyjemnych, ale opór, gwałtowny sprzeciw,gniew.Gniew właśnie łączy mnie z tym domem bardziej, niżwspomnienia; gabinet, opuszczony przez gospodarza w środkujego pracy, planów i wysiłków, dziś jeszcze, przed godziną,dwiema, sprofanowany rękami człowieka, który działa zukrycia i atakuje wciąż jeszcze, choć profesor Kędzierski nieżyje — ten gabinet nie jest już miejscem pracy, lecz polemrozgrywki.Czyżbym znał stawkę? Czy to aż tak proste?— Skąd profesor miał te klejnoty? — spytałem.— I jak doniego trafiły?— Zjawiły się w pierwszych latach małżeństwa z paniąMurawską — odpowiedziała, marszcząc brwi.— Stykałam się z nim wtedy rzadko, nie umiem nickonkretnego o tym powiedzieć.Kiedy zamieszkaliśmy razem, wjakiś czas po rozwodzie Zygmunta, powiedział mi tylko tyle, żena podstawie rozliczeń majątkowych klejnoty są teraz jegowłasnością.„Rozliczenia majątkowe”.Już drugi raz to dzisiaj słyszę.Pani Murawska chciała zobaczyć się ze swoim byłym mężem,na krótko przed jego śmiercią, także w sprawie „rozliczeńmajątkowych”.Interesy pani Murawskiej wydały mi sięinteresujące.Zdecydowałem się nagle.Telefon stał na biurkupani Ali, zadzwoniłem do Komendy.Grzywiński przypadkowosiedział w pokoju, w którym gościnnie przyznano nam kąt.— Zdobądź samochód — powiedziałem — i dobrego kierowcę.Skąd chcesz.Za godzinę wyjeżdżamy do Poznania zobaczyć sięz panią Murawską.Zadzwoń tam, niech nas umówią.Więc zagodzinę, na placu Kościuszki, przed Klubem Książki i Prasy.— Ale zje pan przedtem obiad — oświadczyła panna Ala.—Helena już podaje.Oczywiście, rozumiem, nikomu nie powiem,dokąd pan pojechał.Przede wszystkim Adzie
[ Pobierz całość w formacie PDF ]