[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Uświadomiłem sobie,że od długiego czasu nie pomyślałem ani razu o Helli i poczułem rodzaj dziwnej wdzięczności czysympatii dla faceta kroczącego obok mnie.Ciekawe, czy odda te dwie marki? interesowałomnie żywo. Wiesz mówił Max po to, aby wypruć z mego starego parę tysięcy marek,potrzebny mi jest kumpel.Ktoś taki, jak ty.Mam obmyślony cały skok, aż do najdrobniejszychdetali.Wypracowałem go właśnie przy śniadaniu.Pojedziesz do mnie, do domu, i podasz się zaczłonka walońskich oddziałów Waffen SS.Przecież możesz się podać za Belga, no nie? Język tensam, wygląd rasowy, jak trzeba.Powiedz, możesz czy nie możesz? Mogę zgodziłem się.No,widzisz ucieszył się. Dam ci list do starego, z którego będzie wynikało, że leżę w szpitalu ipotrzebuję forsy na pewną kombinację z żydowską walutą i brylantami, które możnazachachmęcić w Polsce i na Ukrainie od esesmanów.Ty będziesz niby pośrednikiem.Stary samlubi zarobić w krzywy sposób i powinien dać ci forsę tylko na mój list.Oczywiście, musisz gozakołować niewąsko, cudów nie ma, ale wyglądasz na przytomniaka, nie wątpię, że ci się to uda. Przecież jesteś stacjonowany we Francji, a nie na Ukrainie zauważyłem mimochodem.Byłem we Francji odparł lekceważąco teraz przerzucili nas na wschód.Zresztą, nieważne.Dobrze byłoby skombinować mundur SS Walonien.Przydałoby nam się paręset marek narozruch.Chodz, wypijemy po małym piwku.Ja stawiam. Weszliśmy do mijanego wirtschaftu,usiedliśmy przy dużym stole i Max zamówił dwa piwa. Daj popalić powiedział bo zdajesię, że przyszła mi do głowy genialna myśl.Posłuchaj& Skręciliśmy po papierosie, po czymMax wyłożył mi, co następuje: Mój fater jest cholernie ustosunkowany w branży napojówwyskokowych& mówił namiętnie i cicho, pochylony ku mnie, rażąc wonią nie mytych zębów itytoniowo piwnym oddechem. Tu, w Moguncji, jest potężna fabryka sektu firmyKupferberg.Znam od nich magazyniera, stary pijak i szwindler, jak mu odpalimy dwieście marek,odrzuci nam na lewo skrzynkę sektu.Skrzynkę, czyli dwanaście butelek.Sekt Kupferberga, samrozumiesz, mogunckie wino musujące, tylko na użytek frontu, nie znajdziesz w wolnej sprzedażyani na lekarstwo, jak Rzesza długa, szeroka i tysiącletnia.Zawieziemy ją do Frankfurtu i opylimypo pięćdziesiąt marek za flachę.Czysty zarobek, czterysta marek na łeb, dwustuprocentowy zyskpo wycofaniu wkładu.Aadnie, co? No, już, ja wkładam stówę i ty stówę, dobra? Czemu nie odparłem nieobowiązująco. Klawo rzucił Max szybko i skwapliwie. Zapłać za to piwo,rozliczymy się pózniej z tych groszaków. Wyszliśmy na ulicę i stanęliśmy w słońcu, naprzeciwpomnika Schillera, ulica była dość pusta o południowej porze, więc przysiedliśmy nieco nastopniach kolumny, godzącej w niebo na cześć autora Zbójców.Max wyjął z górnej kieszonkimarynarki stumarkowkę, rozpostarł ją, wyrównał, przyklepał na płask na dłoni i powiedziałserdecznie: Ja pierwszy daję.Oto mój udział.A teraz ty. Popatrzałem na niego zrozbawieniem. Nie rozumiem? powiedziałem. To proste zaperzył się nieco ja dajęstówę i ty stówę.No, wyjmuj forsę, harpagonie, i dołóż się do inwestycji na rozruchprzedsiębiorstwa.Nie darmo jesteś synem narodu, który wydał Moliera.Pisał o was, ciułaczach,dusigroszach, pisał niewąsko. Chłopcze powiedziałem z uśmiechem te numery przestałybyć skuteczne nawet na chłopskich jarmarkach.Czy ty naprawdę bierzesz mnie za takiego& tuokreśliłem bliżej, za co mnie, jak mi się wydaje, bierze. Przypatrz mi się, raz jeszcze, ale dobrze,zgoda? Może ja o tym nie wiem i rzeczywiście wyglądam na chomąta, ale lepiej będzie, jak mi sięjeszcze trochę przypatrzysz.No, spójrz i zastanów się, czy do mnie można skakać z takąnieziemską mową, czy mój wygląd uprawnia kogoś do tego? Max pociemniał na twarzy.Czyli uważasz powiedział cicho, przez zęby że chcę cię wyrolować? Wam się jednak trochęprzewraca w głowie, wam, śmierdzącym cudzoziemcom.Każdy Niemiec jest dla was oszustem,zapominacie, gdzie się znajdujecie.Więc ty myślisz, że jeśli Niemiec przedstawia ci uczciwąpropozycję zarobku, to musi się w tym kryć od razu jakiś numer, jakiś kant? Ty wszarzu& Mówił to wszystko dość cichym, raczej spokojnym tonem, bez gestykulacji.Poczułem się świetnie, życie uśmiechnęło się do mnie znowu całą gamą ostrych, soczystychbarw.%7łycie zaczęło znów mieć smak, pożywny, korzenny i pikantny, sycący solą zadowoleniapołykaną chwilę, pompujący zdrowie, radość, siłę w me żyły, mięśnie, spojrzenie i doznania.Wyceniłem raz jeszcze ramiona i barki Maxa, po czym powiedziałem: Syneczku, nie zarobisz wryło od razu, bo mi cię szkoda.Z nas dwojga tobie mniej na tym zależy, aby tu się zjawiła policja,więc po co jakieś burdy na ulicy? No, nie? Max spojrzał na mnie przeciągle, byłem przekonany,że rzuci się na mnie, tyle było w tym spojrzeniu chęci kontynuowania zmagań; jednocześnieodnalazłem w nim po raz pierwszy próbę indywidualnego docenienia mnie.Do tego momentuodnosiłem wrażenie, że Max patrzy na wszystko jednakowo, na domy, kelnera, łyżeczki, piwo i namnie: jednakowo pobieżnie, jednakowo poza kategoriami jakiegoś indywidualizowania zjawisk,osób czy rzeczy, jednakowo schematycznie, według wystruganego, jedynego szablonu.Wszystko,co było i żyło, nadawało się do nadużyć, rozróżnienie dotyczyło tylko osób i przedmiotów:przedmioty miały być kradzione, osoby okradane. Ty fuszerze& jechałem teraz na całego mały, zasrany partaczu.Jak ty się bierzesz do roboty? Jeszcze będziesz długo musiał terminować uprawdziwych fachowców.Czy ja ci powiedziałem, że nie idę na ten numer z sektem? Ale od razuza gardło, od razu do mnie na duś? Od razu chcesz wyszarpać parę marek za frajer?& Wypowiadając te słowa, przeżywałem prawdziwy triumf: te słowa leczyły, przywracały mnieprawdzie i ukojeniu, wiodły z powrotem w rozkoszną, iskrzącą się małość szybciutkich,pasjonujących spięć, udzierań się z losem i z ludzmi o malutkie sukcesiki, o udane umykaniemałym ciosom, o parę groszy. Zgoda rzekł Max z nieoczekiwanie przyjazną skwapliwością nie potrzebuję twoich parszywych pieniąchów.Przekonam cię, że jestem równiak.Sam tozałatwię i podzielę się z tobą dolą. Po co? powiedziałem spokojnie. Mogę na ciebiezaczekać w umówionym miejscu.Dasz sto marek zadatku, wezmiesz skrzynkę i przytachasz domnie, ja ci dam drugą stówę na zapłacenie reszty, odniesiesz ją, po czym pojedziemy doFrankfurtu. Możesz mi prysnąć ze skrzynią, jak ja wrócę płacić rzekł podejrzliwie.Kolego powiedziałem kpiąco ja jestem biedny, złachany cudzoziemiec, którego każdyNiemiec może wpędzić do koncentraka.Gdzieżbym śmiał ci uciekać? Dobra powiedziałMax. Teraz zjemy obiad, a potem pójdziemy to załatwić
[ Pobierz całość w formacie PDF ]