[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W tym momencie rozległ się cichy dzwonek i jego kartka pojawiła się z powrotem w szczelinie ściany pokoju, spadając na umieszczoną poniżej tacę.Podniósł ją i przeczytał wiadomość napisaną ołówkiem na odwrocie:Proszę przyjść –K.Wsadził kartkę i paczuszkę do kieszeni, po czym wyszedł z pokoju.Tyburn, który śledził go do hotelu i za pośrednictwem czujników umieszczonych w ścianach i sufitach obserwował wszystkie czynności Iana od momentu przyjazdu, do połowy uniósł się z krzesła w pustym pokoju tuż nad apartamentem Kenebucka, dyskretnie zajętym przez policję na punkt obserwacyjny.Bezradnie zaklął i usiadł z powrotem, tropiąc na ekranie połączonym z czujnikami kolejne ruchy Iana.Jak do tej pory policjant niczego nie mógł robić legalnie… oprócz obserwacji.Patrzył więc, jak Ian dużymi krokami idzie wyłożonym miękkim dywanem korytarzem w stronę windy, jedzie na osiemdziesiąte piętro i podchodzi do ciężkich, przezroczystych drzwi, oddzielających część hotelu zarezerwowaną dla stałych gości.Potrzymał kartkę z wiadomością od Kenebucka przed ekranem obok drzwi, które rozsunęły się przed nim z lekkim sykiem.Wsiadł do drugiej windy i pojechał kolejne trzynaście pięter w górę.Otworzyły się przed nim czarne drzwi.Zrobił krok do przodu i znalazł się w małym foyer, otoczony przez trzech mężczyzn.Byli to ogromni osobnicy – jeden z nich, o zapadłych policzkach, przewyższał nawet Iana.Wyglądali na bardzo niebezpiecznych.Tyburn, obserwując ich za pośrednictwem czujnika umieszczonego przez policję dzień wcześniej w suficie foyer, rozpoznał wszystkich ze swoich akt.Należeli do świata przestępczego i zostali wynajęci przez Kenebucka na wieść o przyjeździe Iana; byli uzbrojeni i brutalni – wściekłe psy podziemnego światka.Znalazłszy się pośród nich, Ian zatrzymał się.W pomieszczeniu zapanował dziwny, nienaturalny bezruch.Trzej mężczyźni zawahali się.Zamierzali przeszukać Iana i prawdopodobnie poturbować go trochę przy okazji.Coś jednak ich powstrzymało, jakaś nagła zmiana, która zawisła w powietrzu.Tyburn również to wyczuł; ale przez chwilę nie uświadamiał sobie, o co chodzi.Dopiero potem do niego dotarło.Chodziło o zachowanie Iana.On, zauważył Tyburn, po prostu… czekał.Tę samą obojętną cierpliwość dostrzegł w nim w biurze.W ułamku sekundy, kiedy wszedł do pomieszczenia, zauważył mężczyzn, ocenił ich i zatrzymał się.Teraz czekał, aż któryś z nich wykona pierwszy ruch.Wydawało się, jakby przez małe foyer przebiegła czarna błyskawica.Dla obserwującego Tyburna, podobnie jak dla trójki mężczyzn na dole, stało się jasne, że pierwszy, który dotknie Iana, poczuje na sobie ręce dorsajskiego żołnierza… ręce przynoszące śmierć.Po raz pierwszy w życiu Tyburn widział demonstrację wewnętrznej siły Dorsaja.Ian nie musiał nosić żadnego emblematu, ostrzegającego, że jest niebezpieczny.Otaczający go teraz mężczyźni byli wściekłymi psami; ale Ian był wilkiem.W całej trójce zaszła zmiana, którą Tyburn natychmiast zauważył.Psy – nawet wściekłe – walczą, a przegrywając uciekają.Ale żaden wilk nie ucieka, zwycięża we wszystkich walkach, oprócz jednej, w której ginie.Po chwili, kiedy stało się jasne, że żaden z trzech mężczyzn nie ruszy się, Ian zrobił krok do przodu.Minął ich, nie ocierając się o żadnego, podszedł do wewnętrznych drzwi, otworzył je i wszedł.Znalazł się w trzypoziomowym salonie z zajmującym całą ścianę oknem, za którym było widać noc i deszcz ze śniegiem.Salon był duży jak apartament i pełen ludzi, mężczyzn i kobiet w drogich ubraniach.Trzymali w rękach szklaneczki z koktajlami i rozmawiali, stojąc lub siedząc.Powietrze było ciężkie od zapachu alkoholu, perfum i dymu papierosowego.Wydawało się, że nikt nie zwrócił uwagi na jego wejście, ale oczy wszystkich obecnych śledziły go skrycie, kiedy ich mijał.Przeszedł przez tłum, kierując się w stronę postaci stojącej przed ciemnym oknem, mężczyzny prawie tak wysokiego jak on sam, wyprostowanego, atletycznie zbudowanego, z twarzą o ostrych rysach pod jasnoblond włosami.Mężczyzna ten wpatrywał się w Iana z pewnym niedowierzaniem.–Graeme?… – zapytał, kiedy Ian zatrzymał się przed nim.Pod pozorami uprzejmości w jego głosie dały się słyszeć płaczliwe, a zarazem szorstkie tony.– Moi chłopcy… pan – wyjąkał – nic nie zostawił im przy wejściu?–Nie – odpowiedział Ian.– Pan, oczywiście, nazywa się James Kenebuck.Jest pan podobny do swojego brata.Kenebuck utkwił w nim wzrok.–Chwileczkę – powiedział.Odstawił szklankę, odwrócił się i szybko ruszył przez tłum gości w stronę foyer, zamykając za sobą drzwi.Podczas milczenia, jakie zapanowało w pokoju, obecni usłyszeli niezrozumiałe, ostre głosy, po których nastąpiła cisza.Kenebuck wrócił do salonu, a na policzkach wykwitły mu czerwone plamy gniewu.Podszedł do Iana.–Tak… – zaczął zatrzymując się przed nim.– Oni mieli… zawiadomić mnie, kiedy pan przyjdzie.– Zamilkł, najwyraźniej czekając na reakcję, ale Ian tylko stał, przyglądając mu się badawczo.Niezdrowe rumieńce znowu pojawiły się na twarzy Kenebucka.–A więc? – zapytał nagle.– Przyszedł pan porozmawiać ze mną o Brianie, nieprawdaż? O co chodzi? – I dodał ostrzejszym tonem, zanim Ian zdołał odpowiedzieć:Wiem, że został rozstrzelany, więc nie musi mi pan przekazywać tej nowiny.Chce pan zapewne obwieścić mi, że wykazał się odwagą… odmówił zawiązania oczu i tak dalej…–Nie – powiedział Ian.– Nie umarł godnie.Wysokie, muskularne ciało Kenebucka drgnęło lekko na te słowa, niemal tak, jakby uderzyły w nie kule wystrzelone przez niewidzialny pluton egzekucyjny.–Cóż… to świetnie! – roześmiał się ze złością.Przebył pan całe lata świetlne, żeby się ze mną zobaczyć, a potem mówi mi pan coś takiego! Myślałem, że pan lubił Briana.–Lubiłem go? – Ian potrząsnął głową.Kenebuck zesztywniał, a na jego twarzy na chwilę pojawił się wyraz zakłopotania.– Prawdę mówiąc – mówił dalej Ian – on szukał sławy.I z tego powodu był kiepskim żołnierzem, a jeszcze gorszym oficerem.Wydaliłbym go ze swojej jednostki, gdybym zdążył przed kampanią na Freilandii.Z jego powodu straciliśmy tamtej nocy trzydziestu dwóch żołnierzy, którzy byli z nim.–Aha
[ Pobierz całość w formacie PDF ]