[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pózniej zjawiła się służąca,rudowłosa dziewczyna w schludnym, czarnym stroju.Skłoniwszy się z lękliwym szacunkiem,wyprowadziła mnie z gabinetu, a następnie, wyściełanymi błyszczącą materią schodami, zzachodniego skrzydła pałacu.Słoneczny blask wdarł się gwałtem w przyzwyczajone dopółmroku zrenice.Tak rzadko wypuszczałem się do Domeny Pierza.Choć niebo skrywałaciężka zasłona chmur, dla mnie i tak było zbyt jasno.Cisza tego miejsca drążyła w uszachwibrujące bezdzwiękiem korytarze, na swój sposób ogłuszając i wypełniając mnie wrażeniemdziwacznego oddalenia od rzeczywistości.Zmysł powonienia zdawał się drżeć w spazmachzachwytu nad feerią zdumiewających zapachów, jakich nigdy wcześniej nie doświadczyłem.Wystawiona na powiewy rześkiego wiatru skóra twarzy niemal jęczała pod wpływemdelikatnych muśnięć powietrza, jak oczekująca seksualnego zbliżenia, poddana nieznośnympieszczotom niewiasta.Droga do zbudowanego na planie podkowy wschodniego skrzydła pałacu wiodła przezoszałamiający przepychem ogród.Szliśmy oplecioną bluszczem pergolą, wśród piętrowychklombów i balkonów, z których, niczym progami wodospadów, spływały potoki błękitnegokwiecia.Mijaliśmy zacienione, pachnące miodem zakątki, bielone mosty, wznoszące się nadpotokami barwionej na złoto wody i kryształowe fontanny tryskające czerwonym winem.Wkroczyliśmy na żwirowany deptak przystrojony po obu stronach umieszczonymi namarmurowych cokołach malowidłami przedstawiającymi miłosne uniesienia istot pięknychjak anioły.Mimo kaprysów pogody, niewątpliwie nękających te, wystawione na działaniewiatru, deszczu i promieni słonecznych, dzieła sztuki, zdawały się one pełnyminadzwyczajnego wigoru, jak gdyby światło i woda wydobywały z nich głębsze subtelnościbarw i kształtów.Po dłuższej chwili marszu skryliśmy się w cieniu stojących szpaleremspiżowych harf, wysokich jak drzewa i niebywale wysmukłych.Wiatr wygrywał na zaklętychstrunach ciche melodie.Wsłuchiwanie się w nie wprawiało w melancholijny nastrój,jednocześnie zdając się wyostrzać zmysły.W cieniu drzew dostrzegłem jakieś postacie.Najpierw zobaczyłem mężczyznę; opierałsię o pień widłodębu i patrzył z uwagą w kierunku centrum ogrodu, gdzie wznosiła się,podobna do postawionego na sztorc sopla lodu, fontanna plująca wielobarwnym, gęstympłynem.Nieco dalej kucał inny jegomość.Gałęzie mgielnego krzewu zasłaniały mu twarz,nieruchome ciało trwało jak gdyby w oczekiwaniu, zupełnie sparaliżowane, przypominającszary posąg.Tu i ówdzie dało się wypatrzyć ukrytego pośród ogrodowych atrakcji człowieka,ni to szpiega, ni strażnika.Spojrzałem na idącą obok milczącą służkę.Sprawiała wrażenienieświadomej obecności tajemniczych mężczyzn.Lecz najprawdopodobniej po prostu niezwracała na nich uwagi.Zastanawiająca wydała mi się ta osobliwa właściwość ogrodu pełnego dziwnych,przypominających pasożyty, strażników.Gdy mijaliśmy w odległości kilkunastu metrówwysmukłą fontannę, dojrzałem siedzącą u jej podstawy kobietę.Widziałem ją zaledwie przezchwilę, po czym zanurkowaliśmy w zieloną otchłań roślinnego tunelu.Niewiasta, która przycupnęła u stóp fontanny, nosiła kremową suknię zdobną wfalbany i złociste koronki.Zapamiętałem też upięte wysoko w misterny kok czarne jak smoła włosy.Zapragnąłem ujrzeć jej twarz, jeszcze choć chwilę podziwiać zdystansowane piękno tej istoty,czułem jednak, że byłoby to w jakiś sposób niestosowne.Otrząsnąwszy się z tej natrętnejzachcianki, dałem się prowadzić ku wschodniemu skrzydłu pałacu do własnej, luksusowejkomnaty.Pół dnia przeleżałem na obszernym, miękkim łożu, wsłuchując się w śpiew ptaków za oknem.Wreszcie wykąpany, ogolony i najedzony, chłonąłem porażający zmysły spokój tego miejsca.Działało to na mnie w dziwnie pobudzający sposób, jak narkotyk albo magiczny dopalacz.Moje ciało trwało w niemal absolutnym bezruchu, lecz wewnątrz kipiałem, jakbym byłzatkaną przez długi czas rurą, do której wpuszczono środek przegryzający wszystkie brudy.Gdy w końcu wstałem z łóżka, rzeczywistość zafalowała mi przed oczami sztormemnowych bodzców, a jeśli nie nowych, to na nowo odkrytych.Barwy i abstrakcyjne wzory,wijące się na pionowej płaszczyznie arrasów zdobiących ściany, olśniewały i tłukły po oczachbaśniową niesamowitością.Odrealnione dzwięki docierały leniwie cieknącą strugą przezuchylone okno, w łagodny sposób drażniąc słuch zszokowany brakiem miejskiego gwaru inieustannego szumu pracujących maszyn.Woń, jaka rozchodziła się po całym pomieszczeniu,zdawała się mieć swoje zródło w nakrapianej subtelnymi perfumami pościeli.Niech mnieutopią w Mrocznicy - brakowało tylko pieprzonych płatków róży na aksamitnychpoduszkach.Tak oto stałem się mieszkańcem, nawet jeśli przejściowo, wyjętej jak ze snu DzielnicyTektytowej.Jeśli nie liczyć Stalowych Ogrodów - ukrytego wysoko w chmurachtajemniczego domu Arystokratów - była to najświetniejsza część Vakkerby.%7ładen Złotoręki,który ujrzał światło dnia w innej dzielnicy, nie mógł liczyć na awans do tektytowej kasty.Tutaj trzeba było się urodzić.Grupa powiązanych z Arystokracją wielmożów zamieszkiwałaniewysłowionej urody pałace i dwory.Otoczone murami rezydencje tonęły w przepychu,niczym gęsto rozrzucone wysepki pośród fal oceanu, wymyślnych marmurowych figur izawiłych labiryntów zieleni.Czułem się tu cholernie nie na miejscu, lecz świadomośćobcowania z tak urzekającym pięknem paraliżowała umysł, wprawiając w dziką, rozdygotanąeuforię.Miałem już jednak dość tego wylegiwania się.Postanowiwszy zwiedzić miejsce, wktórym od dziś przyjdzie mi mieszkać, wyruszyłem na rozpoznawczy spacer.Zcianykorytarzy pałacu wyściełano skrzącym się od złotego pyłu atłasowym obiciem.Tu i ówdziezawieszono małe obrazy; malowane krwią pegazów pejzaże przedstawiające ogniste łąki ilasy, olśniewające nieokiełznaną zajadłością błyskawic.Wyrastające wprost ze ścianpopiersia faunów, baśniowych goblinów i diabląt, których łby przystrajały rzędy skręconychrogów, zdawały się sięgać po mnie wyciągniętymi ramionami.Pomiędzy pazurzastymi,sękatymi palcami wykutych w księżycowym kamieniu maszkar, srebrzystymi firanamiwzrastały wiekowe królestwa pajęczyn.Stary przesąd, kultywowany jeszcze wśród wysokourodzonych Złotorękich, mówił o chroniącej domostwo magii zaklętej w domowychpająkach.Arius Mahabe, jak widać, musiał należeć do najbardziej zabobonnychprzedstawicieli swojej kasty.Spacerując wschodnim skrzydłem pałacu, dotarłem do czegoś w rodzaju czeladnej - nanajniższym poziomie, przycupnięta na samym krańcu wschodniej części podkowy,znajdowała się wydzielona grupa pomieszczeń przeznaczonych na pokoje sypialne dla służbyniemającej bezpośredniego kontaktu z gospodarzami
[ Pobierz całość w formacie PDF ]