[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.A przytym nieskończenie bardziej doświadczony.Ostrza powtórnie zderzyły się z całą siłą, klingi za-wibrowały od uderzenia.Lodowaty spokój Claymore'apoczynał się wyczerpywać.Znów zwarli się na chwilę, znów dyszeli sobie prostow twarze.A załzawione oczy Hawesa nie były ju\ pustebez wyrazu, pobłyskiwał w nich triumf.- Nie jesteś nic wart - charknął stary.- Jak i on.Zo-bacz!Komu wyje pies 281Odepchnął Ramireza pozornie bez wysiłku.Wzniósłmiecz do szerokiego, sygnalizowanego cięcia, jakby spo-dziewał się, \e i tak Claymore nie zdoła się ju\ zasłonić.Klinga błysnęła, chwytając ostatnie promienie słońca.Spadała ju\, kiedy nagle zmieniła kierunek.W nagłym przebłysku intuicji Ramirez skulił się,przetoczył po ziemi.Krwawa od słońca błyskawicaostrza minęła go ze świstem, wcięła się w ziemię.Clay-more wyrzucił z wysiłkiem rękę do przodu.Pchnął, ma-jąc nadzieję, \e trafi górujący nad nim chudy, czarnykształt.Trafił.Poczuł, jak sztych zgrzyta o \ebra.Hawes stał jeszcze przez chwilę, nawet po tym, jakWalijczyk wyszarpnął ostrze, czerwone do połowy, dy-miące w rześkim jesiennym powietrzu.Wreszcie ugięłysię pod nim kolana, upadł cię\ko na twarz.Claymore, wcią\ na klęczkach, przysunął się do star-ca.Nie wypuszczając miecza z dłoni, przewrócił go naplecy.A\ stęknął przy tym, stary był cię\ki.Na ustach Hawesa pękały krwawe bąble.Spoglądał wniebo załzawionymi, nieruchomymi oczyma.- Jednak czegoś nauczyłeś Williama mruknąłClaymore po chwili.- On te\ tak potrafił i tylko dlategonie udało ci się mnie zaskoczyć.Wargi szlachcica drgnęły.Walijczyk z satysfakcjąspostrzegł, \e rycerz wcią\ go słyszy.- Powiem ci coś więcej, starcze.Nie zarobiłem natwoje srebro, nie zabiłem go.Rzucił się na własny miecz.Udało mu się, przez chwilę był sobą.I wiem, \e chciał,\ebym ci to opowiedział.282 Tomasz PacyńskiWiększy krwawy bąbel pękł na wargach.Hawes niepatrzył ju\ w niebo, wpatrywał się natarczywie w twarzClaymore a.- Chcesz coś powiedzieć? - spytał Walijczyk.Pochy-lił się nad umierającym.Kiedy się wyprostował i wstał, był bardzo blady.Od-szedł parę kroków.Za sobą słyszał bulgotliwy poświst.To ju\ nie był starczy oddech, sir Hawes topił się powoliwe własnej krwi.Odgłosy były coraz cichsze.Wreszcie umilkły.- Nie, nie dobiję cię - mruknął Claymore ponie-wczasie.- Nie zasłu\yłeś na to.Ani ty, ani twoja bestia.Odszedł chwiejnym krokiem.Pod nogami, w zdep-tanej trawie, coś zalśniło.Srebrna moneta.Ramirez opadł na kolana.Mo\e i nie zarobił, nie zabiłprzecie\ Williama, nie wykonał zlecenia.Ale srebro niepowinno się zmarnować.W zapadających ju\ ciemnościach przeczesywał su-chą trawę palcami, wyławiał z niej zimne krą\ki monet.Starał się nie myśleć o niczym, a ju\ najmniej o tym, cozrozumiał z rwącego się, świszczącego szeptu.Jesteś taki sam jak on, Ramirez.Nic z ciebie nie bę-dzie.Ciekawe, kiedy zawyje twój pies.* * *Wspomnieniegień całkiem ju\ przygasł.Brzozowe polana po-Ochłonął \ar, rozsypały się w siwy popiół, lekki,dr\ący od ciągu powietrza w kominie.Mo\e gdzieś głę-boko, pod grubą szarą warstwą drzemią jeszcze iskierki,ale wkrótce i one zgasną, obrócą się w szarość.Płomienie nie rozświetlają izby, nie ma więc zwod-niczych cieni tańczących po ścianach i posadzce.Cieni,które widziane kątem zmru\onych oczu zmuszają doczujności, ka\ą nasłuchiwać i zgadywać, co czai się wmroku, poza migotliwym blaskiem, na krawędzi po-strzegania.Wiem, nic nie skrobie pazurami posadzki, niesłychać ostro\nego, skradającego się stąpania.Tam nigdynic nie ma, nic takiego, co mogłoby podejść nie-postrze\enie.Ale zawsze, gdy w palenisku trzaskają po-lana, a iskry cicho spadają na posadzkę, łowię kątem okaporuszenia.Są jedynie grą światła i cieni, jednak ot-wieram szeroko powieki, by zobaczyć coś, co jest tylkoplamą ciemności, co będąc jedynie złudzeniem, przed284 Tomasz Pacyńskichwilą jeszcze jawiło się zgrozą przyczajoną w kącie;drgało w rytmie migotania płomieni.I zanim jeszczezrozumiem, \e to tylko cień zydla czy sukni przerzuconejniedbale przez poręcz fotela, sprę\am się gotów do ataku,zanim to coś zaatakuje pierwsze.Ale nie teraz.Ogień zgasł, izba tonie w ciemnościach.Wszystko jest szare, płaskie, dwuwymiarowe.Mo\na ju\tylko słuchać bębnienia kropel w małe, oprawne w ołówszybki.Wyczuwać raczej ni\ słyszeć niski pomruk wia-tru w kominie czy chrobot małych pazurków gdzieś da-lej, w komorze.Coś z tym trzeba zrobić, myślę leniwie.Te myszy sącoraz bardziej bezczelne.Trzeba coś zrobić, ale nie dziś.śar wygasł, lecz rozgrzane cegły kominka oddają te-raz ciepło, w które zamieniły się brzozowe kłody.Wy-starczy na długo.Zresztą, przecie\ nie dorzucę do ognia,jeszcze czego! Dla mnie ciepła wystarczy, a ona niechsama rozpala, kiedy wróci.Pewnie rozpali - jest taka delikatna i wra\liwa nachłód.Niewytrzymała, jak one wszystkie.Nie to co my,wojownicy, nam niestraszne zimno i niewygody.Mo\e-my miesiącami sypiać bez dachu nad głową, obywać siębez ognia.Oczywiście jeśli nie mamy wyboru.Nie widzę bowiem powodu, by umartwiać się bez po-trzeby.Kiedy mo\na, nale\y korzystać z ciepłego komi-na, miękko wyścielonego ło\a.Nie kłaść się byle gdzie,to dobre dla młodzików, oni jeszcze mają czas na wygo-dy.Zresztą, tak naprawdę to ka\dy z nas zawsze na toczas znajdzie, bez względu na wiek.Wspomnienie 285Miłe ciepło promieniujące od nagrzanych cegieł i cio-sanych kamieni, miękkie posłanie.Czegó\ więcej brak?Ano brak.Zjadłoby się coś, najwy\sza pora.Takie le-\enie jest strasznie wyczerpujące, nie mo\na przecie\zasnąć kamiennym snem
[ Pobierz całość w formacie PDF ]