[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tak mi się przynajmniej wydaje.- Więc gdzie są? Jeśli je tu trzymałeś, lepiej, żeby się znalazły.Jaki Alan? Zapukałam i usłyszałam, że lampa spada na podłogę.Drzwi się uchyliły i mój zazwyczaj spokojny mąż wystawił głowęprzez szparę.- Tak?- Phillipie, jest druga po południu w dzień powszedni.Nieuprzedziłeś mnie, że wrócisz tak wcześnie.Co tu robisz? Kto jest ztobą?- Nieważne.- Słyszałam, że rozmawiasz z jakimś Alanem.- Atak.- No właśnie.Z Alanem.- Wciąż brak wyjaśnienia ze strony mojegomęża.- Dlaczego tak dziwnie się zachowujesz? Jesteśmy w domu.- Dlaczego ty zachowujesz się tak dziwnie? O co chodzi z tymfacetem, który przymierza kombinezon?- Pózniej ci wyjaśnię.Dlaczego wróciłeś o tej porze?- Z powodu pewnych dokumentów, które muszę znalezć.Wgabinecie.- I ten Alan ci w tym pomaga?- Tak.Pomaga mi.Właśnie tak.Czy już skończyłaś? Przepraszamcię, kochanie, ale naprawdę jestem zdenerwowany.Mogłabyś zostawićnas samych? I wspaniale by było, gdybyś nam przyniosła dwie coledietetyczne.Z plasterkami cytryny.Naciętymi i nasadzonymi na brzegszklanek.Nie wrzucaj ich do coli.- Jak długo tu będziecie?- Do wieczora.Ale nie mów dzieciom, że jestem, bo będą namprzeszkadzać.Powinienem skończyć do ósmej.- Wy-starczająco dużo czasu, żeby Dylan poznał Petera i spędził z nimtrochę czasu.Zanim mój mąż wyjdzie z gabinetu, Petera już nie będzie.Phillip schował głowę i zasunął mahoniowe drzwi.Rozległ sięszczęk obracanego w zamku klucza.Zgodnie z zapowiedzią, mój mążprzez kilka godzin nie wystawił nosa z gabinetu.Nie dostał teżdietetycznej coli.- Obiecuję, że choćby nawet nastąpił atak wąglikiem, już nie wstanę inie odbiorę telefonu - powiedziałam do Petera.- Nie ma sprawy.- Wziął torebkę z cipro.- Jesteś dobrzeprzygotowana.- Szczerze mówiąc, przeżyłam małe załamanie po jedenastymwrześnia.Gdy się mieszka w tym mieście z dziećmi, przychodzączłowiekowi do głowy okropne myśli.- Rozumiem.- Wracając do Dylana, to niezwykle bystry chłopiec.Ale teżprzemądrzały.Potrafi powiedzieć coś, co kompletnie zbije cię z tropu.Nie lubi się poddawać.- To tak jak ja.- Ten mecz koszykówki naprawdę go dobił.;- Wielka sprawa - mecz.- Dla ciebie czy dla niego?Starałam się zachować spokój.Bezpośredni sposób bycia Peteraurzekał mnie i denerwował jednocześnie.- Dylan stał się nieśmiały, bardziej, niżbym sobie tego życzyła.Maprawie dziesięć lat, ale wciąż potrzebuje kogoś, kto potrzymałby go zarękę.Nie lubi być nakłaniany do czegoś, na co nie jest gotowy.- Ty go nakłaniasz?- Nie, jego ojciec.- Pozwalasz mu na to?O rany! Facet wpadł w mentorski ton.Byłam trochę speszona, ale iujęta jego chęcią dotarcia do sedna sprawy.- To kwestia jego poczucia własnej wartości.Szczerze mówiąc,Phillip wywiera na Dylana presję, ale za mało przebywa w domu, żebypotem egzekwować to, co chce mu na-rzucić.To znaczy uwielbia syna, ale bardzo, bardzo ciężko pracuje.- Czy mógłbym porozmawiać z panem Whitfieldem?Przedstawiłabyś mnie pózniej, kiedy nie będziesz rozmawiać przeztelefon.A ja będę bez maski gazowej.- Uśmiechnął się.- Albo poprostu zadzwonię do niego za parę dni.Chciałbym dowiedzieć się, jakocenia Dylana.Zaczęłam gorączkowo zastanawiać się, czy powiedzieć Peterowi, żemój mąż nie ma pojęcia, iż zatrudniłam opiekuna.- To bezcelowe.- Aha.- Zdecydowanie bezcelowe - uściśliłam.Peter nagle się połapał, wczym rzecz.- On o mnie nie wie, prawda? Usiłowałam opanować uśmiech.- Ależ wie.- Na pewno?- Cóż.- Rozumiem.Zamierzasz niebawem mu powiedzieć? -Opadł naoparcie sofy z rękami założonymi za głowę.- Oczywiście, że mu powiem.Tylko muszę go na tę wiadomośćprzygotować.On.on.na pewno będzie przychylnie nastawiony dotego pomysłu.Posłuchaj, obiecaj mi, że nie zachowasz się jak wobectego faceta w dawnej pracy.Wiem, że postępuję właściwie.Gdy Dylanzacznie robić postępy, Phillip przyjmie cię z otwartymi ramionami.Przekonają go efekty.- Kapuję.Mieliśmy trzy sypialnie: jedna należała do Dylana, druga -do Gracie iMichaela, a trzecia - do nas; wszystkie zajmowały róg na tyłachmieszkania.Do naszej sypialni przylegała garderoba Phillipa i jegogabinet.Każdy z tych pokoi urządzony był prosto i funkcjonalnie:jasne kolory, brązowe dywaniki i zasłony z granatowymi albobrązowymi lamówkami.Carolina spała w pokoiku za kuchnią, któregospecjalnie Peterowinie pokazałam.Wstyd mi było, że jest taki mały, choć starałam się,żeby wyglądał wesoło.Kiedy wychodziliśmy z pokoju Michaela iGracie, zauważyłam, że Peter zwrócił uwagę na świeżo wyprasowanezasłony i jasnozielone tapety.- Przypomina mi to pokój, w którym mieszkałem jako dziecko -powiedział.- Naprawdę?- Nie.- Zaśmiał się i poklepał mnie po ramieniu, najwyrazniej po to,żebym się odprężyła.- Ale mieszkanie mi się podoba.Bez obrazy, alemyślałem, że będzie bardziej.- Bardziej jakie?- Sztywniackie.- Nie jesteśmy sztywniakami! - Zastanowiłam się chwilę.- Mój mążbywa czasami trochę oficjalny.- On i ja na pewno znajdziemy wspólny język.O matko! Nie miałpojęcia, o czym mówi.Domowy zapach sosu pomidorowego, który przygotowywałaCarolina, ściągnął nas do kuchni, jasnego pomieszczenia w kolorzezielonego jabłka, gdzie moja rodzina spędzała chyba najwięcej czasu.Na ławie w części śniadaniowej leżały miękkie poduszki w zielone iżółte paski.Poczęstowałam Petera chipsami z otwartej torby, którastała na blacie, a on natychmiast zanurzył jednego z nich w sosiebulgocącym na kuchence.Carolina, która dostrzegła to z korytarza,zrobiła taką minę, jakby zaraz miała zdzielić go patelnią w łeb.Dzieńwcześniej uprzedziłam ją i Yvette, że oprócz nich będzie pracował wdomu trzydziestoletni mężczyzna.Kiedy wychodziłam z kuchni,zauważyłam, że Carolina rzuciła Yvette spojrzenie ona muy loca"*.- Peter, to jest Carolina Martinez.Pracuje bardzo ciężko, opiekującsię nami i dziećmi.- Zaczęłam szukać odpowiednich słów, żebynawiązać do śladów po chipsach i sosie pomidorowym na jego brodzie.- Carolinie bardzo zależy na tym, żeby to, co gotuje, było dobre.-Tylko tyle udało mi się wy-*Ona muy loca (hiszp.) - ona postradała zmysły.myślić.- Carolino, to jest Peter Bailey
[ Pobierz całość w formacie PDF ]