[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Daniel le\ał ze słuchawkamina uszach i słuchał Bacha, od czasu do czasu spoglądając na czarno-białą szachownicę, by1078ocenić sytuację.Na tarasie stała Gabriela, patrzyła w wodę, zatknąwszy kciuki w tylne kieszeniespodni.Była samotna.Podszedłem do niej, ucałowałem w policzek i popatrzyłem w oczy; akiedy w końcu zdobyłem jej niechętny uśmiech, który był mi tak potrzebny, odwróciłem się iwolno wróciłem do środka.Mariusz w czarnym skórzanym fotelu czytał gazetę, składając ją niczym d\entelmen wprywatnym klubie.- Louis wyjechał - powiedział, nie podnosząc wzroku znad gazety.- Co to znaczy wyjechał ? - spytałem.- Do Nowego Orleanu - rzekł Armand wpatrzony w szachownicę.- Do twojegodawnego mieszkania, tego, w którym Jesse widziała Klaudię.- Samolot czeka - rzucił Mariusz, nadal zatopiony w gazecie.- Mój kierowca mo\e podwiezć cię na lotnisko - dopowiedział Armand, wcią\1079skupiony na grze.- O co wam chodzi? Skąd ta wasza chęć do pomocy? Czemu miałbym lecieć poLouisa?- Sądzę, \e powinieneś ściągnąć go z powrotem - powiedział Mariusz.- Nie powinienprzebywać w tym starym mieszkaniu w Nowym Orleanie.- Mógłbyś się ruszyć i coś zrobić - powiedział Armand.- Zbyt długo ju\ tutaj tkwisz.- Ach, rozumiem, co za sabat się tu szykuje: rady ze wszystkich stron i wszyscyobserwują się nawzajem kątem oka.A czemu pozwoliliście Louisowi lecieć do NowegoOrleanu? Nie mogliście go zatrzymać?W Nowym Orleanie wylądowałem o drugiej.Limuzynę zostawiłem na JacksonSquare.Jakie to wszystko było czyste; nowe kocie łby i łańcuchy na bramie, wyobrazcie sobie,\eby pijaczki nie mogły spać na skwerku, jak robiły to dwieście lat temu.Turyści tłoczyli się1080na Cafe du Monde, gdzie mieściły się nadbrze\ne tawerny.urocze, niespokojne lokale, wktórych nie dało się nie zapolować, a kobiety dorównywały twardością mę\czyznom.Strasznie mi się tam teraz podobało i chyba zawsze tak będzie.Barwy jakoś sięzachowały i nawet w tym przeklętym zimnym styczniu czuło się niezmienną atmosferętropików.Miało to jakiś dziwny związek z płaskimi ulicami, niskimi budynkami, zawszeruchomym niebem i pochyłymi dachami lśniącymi teraz od kropel lodowatego deszczu.Z wolna oddaliłem się od rzeki, pozwalając wspomnieniom unieść się z chodników;słuchałem cię\kiej, metalicznej muzyki z Rue Bourbon, a potem zawróciłem w spokojny,wilgotny mrok Rue Royale.Ile razy szedłem tą drogą, wracając znad nadbrze\y, opery czyteatru, ile razy zatrzymywałem się dokładnie w tym miejscu, \eby wsunąć klucz w bramępowozową? Ach, ten dom.w którym prze\yłem okres równy ludzkiemu \yciu, dom, wktórym dwa razy mało nie umarłem.Ktoś był na górze, w moim starym mieszkaniu.Stąpał lekko, a jednak słyszałem trzask1081klepek.Parterowy sklepik był czysty i ciemny.Za zakratowanymi oknami jak zawszeporcelanowe figurynki, lalki, koronkowe wachlarze.Podniosłem wzrok ku balkonowi z kutąw \elazie balustradą; wyobraziłem sobie tam Klaudię, unoszącą się na palcach, patrzącą namnie i zaciskającą małe palce na poręczy.Złote włosy opadają na ramiona, pyszni się długa,fioletowa szarfa.Moja nieśmiertelna sześcioletnia piękność. Lestacie, gdzie siępodziewałeś? To właśnie robił, nieprawda\? Wyobra\ał sobie takie rzeczy.W ciszy słychać było tylko włączone telewizory za zielonymi okiennicami i starymiścianami zarosłymi bluszczem, głosy zachrypłe od bourbona: za\artą kłótnię mę\czyzny ikobiety w głębi domu po drugiej stronie ulicy.W pobli\u nie było nikogo; tylko świecące bruki, zamknięte sklepy i wielkieniezgrabne samochody stojące przy krawę\niku.Deszcz padał bez końca na skośne dachy.Nikogo, kto by mnie ujrzał, jak cofam się, a potem jednym kocim susem, w starymstylu, sięgam balkonu i spadam cicho na deski.Zerknąłem przez brudne szyby francuskich1082drzwi.Pustka, podrapane ściany, takie, jakie zostawiła Jesse.Okno zabite deską, jakby ktośkiedyś usiłował się włamać i został przyłapany; woń spalonego drewna zachowana przez tewszystkie lata.Cicho oderwałem deskę, ale po drugiej stronie był zamek
[ Pobierz całość w formacie PDF ]