[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Czysty pragmatyzm, nic więcej Vanessamimo wszystko mogła okazać się przydatna w jegokrucjacie.Mówiąc szczerze, do tej pory nie rozumiała, jakKreol zamierza zabrać się do tego, wyglądającego naniewykonalne, zadania zniszczenia całego świata.Bo jakmożna zrobić coś takiego? Gdy pytała wprost, Kreol tylko251chrząkał i mówił wymijająco, że na wszystko znajdzie sięsposób.Jako przykład przytaczał biblijną opowieśćo Dawidzie i Goliacie czasem wystarczy jedno celneuderzenie, żeby zwalić z nóg potężnego giganta.A jeślijest to kolos na glinianych nogach, taki jak Leng.Nicwięcej Van nie mogła z niego wydobyć i w końcu dała muspokój.Wychodząc z domu, Vanessa potupała w ziemię.Rzeczywiście, gleba zrobiła się twardsza.Wykopała w niejdołek czubkiem buta spod kilkucentymetrowej warstwyprześwitywał metal.Kreol wykonał fantastyczną pracę,zmieniając w czarny brąz tony ziemi i kamieni.Po drodze wstąpiła po Shepa.Wczoraj rozbiłsamochód, a drugiego nie miał.Przy okazji Kreol zaproponował przerobić toyotę tak,by mogła latać w powietrzu, ale Vanessa odmówiła.Nakomendzie i tak dziwnie na nią patrzyli wszyscy staralisię zgadnąć, skąd wzięła proszek prawdy.Ostatnio zbytdużo dziwnych rzeczy działo wokół prostej amerykańskiejdziewczyny.Rzeczywiście, niegłupio byłoby gdzieś sięprzeprowadzić, bo może się nią w końcu naprawdęzainteresować FBI. Cześć, Van! Machnął ręką jej partner.Czekał już naganku. Jak leci? Powiedz mi, Shep, czy podoba ci się praca w policji? zapytała Van w zamyśleniu, gdy wsiadał do samochodu. Zwyczajna praca, nie gorsza niż każda inna. Pytanieto wcale nie zdziwiło Shepa. A o co chodzi? Być może niedługo się zwolnię. Czemu tak nagle? Znalazłaś coś lepszego? Nie.Wybieram się w podróż.252 Poślubną? zażartował Shep. A idzże ty! parsknęła. A poważnie? Daleko, Shep.Bardzo daleko. Do Chin? Albo do Australii? Byliśmy z żonąw zeszłym roku w Australii. I jak było? Gorąco.Morze.Kangury. Shep wzruszyłramionami. Tak samo jak tutaj.Dzień minął tak samo jak wszystkie poprzednie.Słońcechyliło się ku zachodowi, gdy zatrzeszczał policyjnyradiotelefon. Van, jesteś tam? rozległ się przytłumiony głoskomisarz Florence. Podjedz z partnerem do staregomagazynu koło przystani, pamiętasz, mieliśmy wczorajinformację, że leży tam jakiś przemyt.Sprawdz to, okej?Dacie radę we dwójkę? A co, może być niebezpiecznie? wyburczałaniezadowolona Vanessa. Szefie, dzień pracy już sięskończył! Odstawię Shepa do domu i znikam! Nie szkodzi, mały spacer przed snem nie zaszkodzi w głosie szefowej pojawiły się metaliczne nuty. Powinni tam pojechać Rob i Clif! Jeszcze wczoraj,zresztą. Nie dali rady, mają po uszy roboty z koksem.Dobrze już, Van, szybciutko podjedziecie, sprawdziciei wracajcie.Nie będzie żadnych problemów myślałbykto, trochę szmatek z Hongkongu.A w ogóle to rozkaz,a o rozkazach się nie dyskutuje! Bez odbioru! Rozkaz. żachnęła się Van, sprawdziwszy najpierw,253że przełożona się wyłączyła. Wypchaj się swoimirozkazami! Pozamykam moje sprawy i zwalniam się! Nałono Tiamat!Ulubione przekleństwo Kreola w jej ustach zabrzmiałojakoś nienaturalnie i nie przyniosło ulgi.Rzuciła szybkiespojrzenie na ostentacyjnie odwróconego tyłem Shepai postanowiła wrócić do dobrego starego amerykańskiegosłownictwa.Adres magazynu Vanessa pamiętała.Sam magazyn też w zeszłym roku była z nim związana sprawa bandyfałszerzy pieniędzy.Ta sterta cegieł świetnie nadawała siędla wszelkich wyrzutków od czasu, gdy ten ogromnylabirynt przeszedł na własność miasta, nie udało się gowykorzystać w żadnym pożytecznym celu.Oczywiście,wykorzystywał to na całego element przestępczy przejażdżki do tej części miasta stały się już tradycją. To co, wezwiemy wsparcie? zapytał Shep dlazasady, wysiadając z samochodu. Sami damy radę zdecydowała Van.Jakżepogromczymi demonów miałaby się bać jakichś żałosnychprzemytników? Jak chcesz. Jej partner leniwie wzruszyłramionami.Zostawili samochód za rogiem i tak ostrożnie ruszyliw stronę bramy.A dokładniej, w stronę miejsca, gdziekiedyś była brama to, co obecnie służyło do zamykaniamagazynu, można by nazwać bramą tylko przy bardzodużej dozie dobrej woli. Van, chciałbym z tobą porozmawiać.niezdecydowanie zaczął Shep po drodze. Widzisz, wielerazy zauważałem różne.dziwactwa.Serum prawdy, ten254dziwny wideotelefon.Twój ekspert.Kreol.chciałemsprawdzić go naszymi kanałami, ale nic nie znalazłem.Wygląda tak, jakby pojawił się znikąd. Zledzisz mnie? Vanessa z gniewem odwróciła sięw jego stronę. Lepiej tego nie rób, Shep! Nie, nie rozumiesz, ja po prostu.I Florence teżmnie poprosiła, żebym ci się przyjrzał.Jesteśmy twoimiprzyjaciółmi, niepokoimy się.Zamek, na który bramę zamknięto, też był lichy z łatwością dał się otworzyć pierwszym z policyjnegozestawu wytrychów.Wewnątrz było bardzo cicho. Brama , przez którą weszli, nie była głównym wejściem,lecz tylnym wejściem do pakamery, dostali się więc nie dogłównego pomieszczenia, a do korytarza na zapleczu.Zwiatło słoneczne z trudem przebijało się przez brudneokna, dookoła wisiały pajęczyny i unosił się zapach pleśni.Idealne miejsce, żeby coś schować.Cokolwiek.Van gestem nakazała partnerowi milczenie, ostrożniewyglądając za róg.Na zakurzonym fotelu siedział niewysoki chłopakz obrzynem na kolanach.Z zadowoleniem przeglądałczasopismo, którego błyszczącą okładkę zdobiłopraktycznie nagie dziewczę z nieludzko ogromnymipiersiami.No cóż, wiadomo, że na warcie nie będzie czytał Przeminęło z wiatrem. No już, szybciutko ręce do góry! cicho powiedziałaVan, robiąc krok w jego stronę.Chłopak ocknął się, a gdy dostrzegł skierowanyw swoją stronę policyjny pistolet, z wrażenia upuściłgazetę.Na szczęście, nie zaczął robić głupot i posłusznieponiósł ręce, nawet nie próbując sięgnąć po broń.255 Shep, zabierz mu tę zabawkę wskazała głowąVanessa.Partner zabrał strażnikowi obrzyn, rutynowymi gestamiobmacał kieszenie, założył mu kajdanki, a na zakończeniezrobił z chustki do nosa coś w rodzaju knebla i wepchnąłmu do ust. Policja San Francisco.Ktoś tam jest? cicho zapytałaVan, nachylając się nisko nad wystraszonym chłopakiem.Nerwowo pokiwał głową i wymamrotał cośniezrozumiałego, wskazując odległy koniec korytarza.Tam, o ile Van się orientowała, znajdowało się największepomieszczenie w magazynie. Dobra.Leż tutaj i nie waż się drgnąć, rozumiesz?Więzień znowu posłusznie pokiwał głową, pokazując,że świetnie zrozumiał.Jeszcze ostrożniej Van i Shep przekradli siękorytarzem i zobaczyli to, co działo się w magazynie
[ Pobierz całość w formacie PDF ]