[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Chciałam wstać, ale ona przytrzymała mnie za ramię.Prześpijmy się tutaj, powiedziała.Zostało tak mało czasu, dodała.Jej spojrzenie miało w sobie coś dwuznacznego, co wytrącałomnie z równowagi, przytrzymałam się jednego z warkoczy, żeby nieupaść, a ona się śmiała.Odsunęła kołdrę i zrobiła mi miejsce, zdjęłam tylko buty, byłomi zimno.Leżała na boku, jakby w oczekiwaniu.Na jej przegubie błyszczał nowy zegarek, zobaczyła, że na niegopatrzę, i przeprosiła mnie.Była czwarta.Dziękuję, jest przepiękny, zapomniałam o nim, i zamknęłaoczy, czekając na pocałunek.Bałam się ją musnąć i bałam się spaść, bo łóżko było wąskie,leżałam na krawędzi.Mogłam jednak patrzyć na nią, wyryć ją sobiew pamięci.Długa linia między brwiami, maleńkie nozdrza, tomagiczne i niebezpieczne miejsce, w którym policzek stawał sięustami, i idealny łuk.Położyłam czubek wskazującego palcadokładnie w tym miejscu, żeby się nie pomylić.Wyszłam z jej łóżka.Była siódma rano, na dworze jeszczeciemno.Ona spała skulona przy ścianie.Wymierzałam staranniekroki, żeby nie potknąć się o walizki.Nie chciałam jej zbudzić,czekała ją długa podróż.Weszłam na górę i otworzyłam okiennice.Drobny deszczykdyskretnie moczył próg.Brzmiał jak muzyka religijna.Spryskałamśrodkiem owadobójczym dywan pełen okruchów i nastawiłam kawę.Podgrzałam brioszki i nalałam do szklanki mleko migdałowe,które tak lubiła.Na resztkach kolacji, której nie schowała,ucztowała armia mrówek.Wyrzuciłam całe panettone, ogryzione nakrawędziach jak czaszka.Piłam powoli kawę, a biała i płynna tęsknota bez treści wlokłamnie w głębię życia.Nie byłam głodna, nie miałam marzeń ani wspomnień.Niemiałam nawet wagi, nigdy jeszcze nie czułam się tak pusta iwreszcie uwolniona od ciężaru.Wzięłam szczypcami sześć saszetek z dzbanka i wypróżniłam jepowoli, aby nie uronić ani ziarenka, do szklanki z mlekiemmigdałowym.Zamieszałam dokładnie łyżką, wyrzuciłam saszetki dośmieci i wyniosłam worek na zewnątrz.Przed wszystkimi domami piętrzyły się śmieci, czarne worki irozerwane kartony, siatki pełne odpadków.Jakiś kot uciekł na mójwidok, potem wrócił do szperania w tych resztkach.Weszłam z powrotem do kuchni.Ludmi przyszła uśmiechnięta, z rozpuszczonymi włosamiopadającymi na czerwony sweter haftowany w złotą jemiołę.Zrobiłago i przysłała jej matka, Ludmi była z niego bardzo dumna.Szczęśliwego Bożego Narodzenia, powiedziała.Za to spódnicękupiłam jej ja.Drobiła małymi kroczkami, jak ptaszek.Miała nowe buty, byćmoże jeszcze ją cisnęły.Pomyślałam, że jej matka nabrała wprawy, i powiedziałam jejto.Zwykle jej swetry były zbyt długie, za to z przykrótkimirękawami, bo Ludmi miała długie ręce i raczej krótki tułów, ale tozatrzymałam dla siebie.Przesłała mi mały chytry uśmieszek i siadła naprzeciwko mnie.Była głodna.Zobaczyłam, jak gryzie brioszki, pije kawę, moczyherbatniki w jogurcie.Widziałam, jak zlizuje ziarenka cukru, któreprzylepiały się jej do warg.Pomyślałam o jej pierwszym śniadaniu wtym domu, o jej dziwnej naiwności, kiedy siedziała na tym krześle irozkoszowała się pistacjowymi słodyczami, o tym dziecięcymapetycie.Pomyślałam o czasie, gdy jej uroda była dla mnie magicznymeliksirem, który wylewałam na rzeczy, aby stały się pijalne.Podałam jej mleko migdałowe i aby polepszyć jego smak,dodałam kakao.Powiedziała dziękuję i wypiła prawie jednymhaustem.Jadła dalej jogurt, potem zakrztusiła się, słyszałam, jakkaszle, kiedy szłam na górę, aby się ubrać.W tym domu jest zadużo środków owadobójczych, mówiła.I kaszlała.Zły zapach, powtarzała.I kaszlała.Musiałyśmy wyjechać o dziewiątej.Była ósma.Miałyśmyjeszcze godzinę.Słyszałam jej głos, wołała mnie, ale był ochrypły i zduszony,nie brzmiał jak jej głos, dlatego weszłam pod prysznic i zrobiło sięcicho.Słyszałam jej kroki na schodach, niepewne i chwiejne, alewiedziałam, że nie powinnam ich słuchać, bo były tylko iluzją.Uczepiła się drzwi do mojego pokoju, zgubiła jeden but, jejoczy były rozszerzone i nabiegnięte krwią, ale nie miałam jej nic dopowiedzenia
[ Pobierz całość w formacie PDF ]