[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- W połowie? - żachnął się chłopak.- Tego, co ona umie, ode mnie się nauczyła!- Od ciebie, powiadasz? - uśmiech jasnowidza stał się zagadkowy.- To świetnie! No, ale pozwolisz, że swe zainteresowanie przeniosę z twej godnej osoby na ów budynek przed nami.- Ten zamek - Jacek nie wiedzieć czemu ściszył głos - jest na mój gust jakiś za mało zamczysty.Popatrzyłem na niewysoki budynek w kształcie litery C, opatrzony na rogach okrągłymi basztami.W lewym skrzydle mieściła się siedziba władz miasta.Przed nami nieczynne kino i zamknięta restauracja.Jasno otynkowany zamek rzeczywiście wyglądał tak poczciwie i zwyczajnie, że w innym, większym mieście nikt nie zwróciłby nań uwagi.A już myśleć, że ukrywa gdzieś w swych podziemiach Bursztynową Komnatę? No, to już trzeba by nielichej fantazji.- Masz rację - zaśmiałem się do Jacka.- Rzeczywiście, to mało zamczysty zamek.Ale nie zapominaj, że czasem nader niepozorne miejsca kryją w sobie wielkie tajemnice.Rzecki milczał.Wiedziałem, że zbiera swe siły jasnowidza, by przeniknąć nimi ziemię i mury.Ruszyliśmy szerokim przejściem między wschodnią ścianą zamku a niskim tu, lecz wysokim z przeciwnej strony, murem obronnym, który podwyższała jeszcze stroma skarpa.Wreszcie zatrzymałem się przy otynkowanej jak cała reszta zamku okrągłej wieży o dachu stromym, krytym dachówką.- Oto baszta północno-wschodnia.- przyznam się, że pomimo całej zwyczajności otoczenia poczułem przebiegający po krzyżu dreszczyk.Jacek też spoważniał.Tymczasem pan Onufry położył na kamieniu swe pudełeczko i otworzywszy je uśmiechnął się nieśmiało:- Czy panowie.- zrobił nieokreślony ruch ręką.Zrozumiałem go.Chciał być sam, aby lepiej skupić nad czekającym go zadaniem.- Chodź, Jacek.Przejdziemy się trochę.Pan Onufry potrzebuje spokoju do pracy.Popychając przed sobą niechętnie odchodzącego spod baszty Jacka zdążyłem jeszcze zauważyć, że pan Onfury oprócz swej różdżki wyjmuje z pudełeczka bryłkę czegoś, co mi wyglądało na bursztyn.- Co się tak oglądasz, jakby Komnata miała zaraz wyskoczyć spod ziemi -zażartowałem z mego towarzysza.- Jasnowidz potrzebuje spokoju i skupienia.Jeśli trafi na jakiś ślad, na pewno da nam o tym znać.- A jeśli.- zająknął się Jacek.- Oj, coś mi się widzi, że podejrzewasz zacnego pana Rzeckiego o chęćprzywłaszczenia sobie Bursztynowej Komnaty!- Ale skąd! - oburzył się.Ale po poczerwieniałych koniuszkach jego uszu poznałem, że się nie myliłem.- No już dobrze, dobrze - trąciłem Jacka łokciem.- Chodźmy do Rosynanta i poczekajmy, jakie to wieści przyniesie nam pan Rzecki.Cokolwiek by inni sądzili, jego werdykt będzie dla mnie ostateczny.- Dla mnie też - odpowiedział Jacek, ale coś mi się wydało, że bez większego przekonania.Cóż, każdy ma prawo do marzeń i złudzeń, z których nie można go okradać!Czekaliśmy długo.Dwa razy musiałem włączać ogrzewanie, bo zaczynaliśmy szczękać zębami w szybko wyziębiającym się wnętrzu auta.Wreszcie zza narożnika zamku wyszedł pan Onufry.Szedł przygarbiony, ocierając czoło kraciastą chustką.Gdy podszedł bliżej zobaczyłem, że jest bardzo blady.Próba dotarcia do tajemnicy Komnaty musiała go kosztować wiele wysiłku.- Widzisz, Jacek - trąciłem chłopaka - a ty myślałeś, że tylko pan Rzecki machnie różdżką i już Komnata nasza!Rzecki stęknąwszy wgramolił się do wozu.Z napięciem czekałem na to, co powie.Dyszał przez chwilę ciężko, wreszcie odezwał się stłumionym przez zmęczenie głosem:- Tak jak mówiłem, Komnaty tu nie ma.Owszem, pod ziemią wokół wieży tkwią potężne mury, ale nie wyczułem lochu pod nimi.To zapewne fundamenty dawnych umocnień.Na północ od wieży wyczułem chyba wąziutki tunel.Ale zbyt mały, by ukrywać w nim skrzynie z Bursztynową Komnatą czy innymi skarbami.Teleradiesteta doktor Nowak lokalizował ponoć na głębokości kilkunastu metrów pokłady bursztynu.Ja nic takiego nie wyczułem.Owszem, jestem pewien, że w tym miejscu wielu ludzi kopało.Ale czy się czegoś dokopało, nie wiem.Tak więc pozwolą panowie, że pozostanę przy swoim: Bursztynowa Komnata spłonęła w Królewcu.Wielki jasnowidz, ojciec Czesław Klimuszko, też spostrzegałw swych wizjach Komnatę płonącą.Co prawda nie w Królewcu, ale w jakimś innym zamku.Lecz powtarzam: płonącą, nie istniejącą! - zastanawiał się przez dłuższą chwilę.- Jednak muszę przyznać, że w aurze wokół tej wieży czy baszty, którą badałem, jest coś dziwnego.Ale żeby powiedzieć coś bardziej konkretnego, musiałbym chyba w zamku pasłęckim zamieszkać na stałe.- I co teraz będzie? - zmartwił się Jacek.Rzecki uśmiechnął się:- No cóż.Ja odjadę pociągiem, który odchodzi za pół godziny (dlatego uprzejmie proszę o odwiezienie mnie na dworzec), a tajemnica pasłęckiego zamku pozostanie.Zresztą, zajmuje się nią tylu jasnowidzów i eksploratorów, że jeśli naprawdę jest coś w niej, to owo“coś” prędzej czy później zostanie odkryte.Słyszałem też, że władze Pasłęka mają zamiar poważnie zainwestować w prace badawcze.Tak więc uszy do góry, młodzieńcze!Bursztynowa Komnata, o ile tylko jest tutaj, będzie odnaleziona!- Ale nie przez nas! - westchnął chłopak.- Hi! Hi! - zachichotał Rzecki.- Wybacz mi, ale coś mi się wydaje, że najchętniej zachowałbyś Komnatę dla siebie!Zaśmiałem się również:- Nie musi pan prosić Jacka o wybaczenie, bo on też podejrzewał pana o podobne zamiary
[ Pobierz całość w formacie PDF ]