[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dojazd do pacjentów stalsię dla mnieistną torturą; park Hundreds był nieprzejezdny przeztydzień zokładem, toteż wolałem nie ryzykować i wybierałem trasęnaokoło.We dworzebywałem jednak często:zostawiałem samochódprzywschodniej bramie i resztę drogipokonywałem na piechotę.Jezdziłem tam głównie zewzględu na Caroline; niechętnie myślałem otym, żetkwi na odludziu,odcięta od świata.Przy okazji czuwałemteż nad paniąAyres.Lubiłem te wizyty same w sobie.Gdyschodziłem z zaśnieżonego podjazdu, widok domu wprost zatykałmi dech w piersi, gdyżnabiałym tle Hundreds prezentowało sięa po prostuolśniewająco.Czerwień cegły i zieleń bluszczu stałysiębardziejnasycone, a niedoskonałości fasady ginęły podkoronkąlodu.Generator nie szumiał, przycichły odgłosy z farmy i budowy,którą przerwano zuwagi na śnieg.Ciszę mąciły tylko moje stłumionekroki: odruchowostarałem się iść jeszcze ciszej,takjakbymiejscebyło zaczarowane, jakbymznalazł się w śpiącym lesie, o którymniedawno wspomniałaCaroline, i bał się przerwać zaklęcie.Nawetwnętrzedomu zdawało się odmienionewskutek pogody; szklanąkopułę pokrywał śnieg i wholu zrobiło się jeszcze ciemniej, oknazaś odbijały lodowate światło od pobielałej ziemi,powodującniezwykłą grę cieni.Najcichszym z owych śnieżnychdni był wtorek szóstego kwietnia.Pojechałem tam po południu, spodziewając się jak zwykle zastaćCaroline wraz zmatką,leczowegodnia rola damy do towarzystwaprzypadłanajwyrazniej Betty.Siedziałyprzystoliku i grały w wysłużone warcaby.Ogień buzował w kominku, w pokoju panował upałi zaduch.Caroline poszłana farmę,poinformowała mnie paniAyres; miała wrócić w ciągugodziny.Czy usiądę i poczekam?Jej362nieobecnośćsprawiła mi zawód, a że do wieczornego dyżuru zostałomi jeszcze trochę czasu,przyjąłem zaproszenie.Betty poszła zaparzyćherbatę, a ja zająłem jej miejsce przy planszy.Ale pani Ayres grała z roztargnieniem, tracąc kolejne pionki.Gdyodsunęliśmy warcaby, żeby zrobić miejsce na filiżanki, siedzieliśmyw milczeniu, bo iniewielebyło chyba do powiedzenia.W ciągu ostatnich tygodni pani Ayres straciła zainteresowanie lokalnymiplotkami.Przytoczyłem jej parę historyjek i wysłuchała mnie uprzejmie, lecz jejodpowiedzi, oilew ogólenastępowały, były rozkojarzone i dziwniespóznione, jakby łowiłastrzępy bardziej frapującejrozmowy toczącejsię w sąsiednim pokoju.Wreszcie mój wątły zasób anegdot wyczerpał się doreszty.Wstałem,podszedłemdo szklanych drzwi i wyjrzałem na olśniewający krajobraz.Gdy odwróciłem się znowu do paniAyres,tarła ramiona, jakby doskwierał jej chłód.-Zanudzę pana na śmierć, doktorze!- powiedziała.-Proszęmi wybaczyć.Oto, co się dzieje z człowiekiem, kiedy za długo siedziw domu.Wyjdziemy do ogrodu?Może spotkamy po drodze Caroline.Zdziwiła mnie ta propozycja, lecz perspektywa opuszczeniadusznego pokoju sprawiła miniewypowiedzianą ulgę.Przyniosłemjej płaszcz, pilnując, by ubrała się jak należy, po czym samwłożyłempalto orazkapelusz iwyszliśmy.Na początku musieliśmy przystanąć,aby oczy nam przywykły dowszechobecnej bieli, zaraz jednakwzięłamnie pod rękę i ruszyliśmynaprzód.Obeszliśmy dom i skierowaliśmysię wolnym krokiem w stronę zachodniego trawnika.Znieg leżałtu gładki jak piana, naoko jedwabisty w dotyku,alepod nogami chrupki ipuszysty.Gdzieniegdzie widniały karykaturalneślady ptaków,w pewnej chwili zaś natknęliśmysię nagłębsze,podobne do psich tropy lisa.Podążaliśmy za nimi minutę lub dwie,prowadziły do starychbudynków gospodarczych.Było tu jeszczebardziej bajkowo; zegar na stajni wskazywał dickensowskie za dwadzieściadziewiąta, same stajniezaś, pozamykane na cztery spusty, byłytak gęsto zasnute pajęczynami, iżzaglądając do środkaprzez szparęczłowiek na poły spodziewał się ujrzeć rząd uśpionych koni, teżoble363.czonych w pajęczynę.Obok stajni stał garaż, na wpół uchylone drzwiodsłaniały maskę rodzinnego rolls-royce'a.Dalej widniała gęstwinazarośli i lisie tropy znikły nam z oczu.Znalezliśmy się jednak prawieprzy starym warzywniku, toteż niespiesznie ruszyliśmy dalej,mijającpo drodze łuk wysokiego ogrodzenia z cegły.Latem oprowadziła mnie tędy Caroline.Z uwagi na małą liczbęmieszkańców ogród leżał praktycznie odłogiem, stanowiąc wedługmnienajbardziej samotną imelancholijną część parku.Barrettczuwałnad jedną lub dwiemagrządkami, pozostałe jednak zostały zapewnestratowane przezżołnierzy i od tamtej pory niebyło komu się nimizająć.Jeżyny wybujały ponad wybite dachy szklarni.%7łwirowe ścieżkizarosły pokrzywą.Tu i ówdzie stały wielkie, ołowiane misy, ogromnedonice na wysmukłych podstawach, niektóreprzechylonezewzględuna wyszczerbionyspód.Krążyliśmy od jednej zarośniętej ściany dodrugiej
[ Pobierz całość w formacie PDF ]