[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Mam na nie sporozamówień.Te wzory biorę za darmo, ale za następne płacę.Nie ma mowy o żadnej działalności charytatywnej.Zgoda?- No cóż.- zawahał się Marek.Uścisnęli sobie ręce jak ludzie interesu.Patrzyłam na nichz rosnącym zdumieniem.Tym razem nie chodziło mi o matkę,ona była na miejscu, grała tę samą rolę od lat, zdumiewał mnieMarek, który znajdował nagle czas na wyszukiwanie fasonówsukien.Sięgnęłam po wino, szybko jednak czując na sobiewzrok matki odstawiłam kieliszek i odwróciłam głowę.Patrzyła na mnie z szyderczym uśmiechem.Idziemy! - odsunęłam krzesło.Marek skinął głową.Matka zapaliła papierosa i ruszyła kudrzwiom.Ze Stawek na Stegny jechaliśmy nie więcej niż piętnaścieminut.Prowadził Marek.Matka siedziała obok niego iwskazywała drogę.Przed drzwiami mieszkania nr 49 uśmiechnęła się jakdobra wróżka, Marek mocował się z zamkiem, a japrzechylona przez poręcz patrzyłam w ciemną czeluść klatkischodowej i myślałam, że skok z tej wysokości byłby jakimśrozwiązaniem w wypadku, gdyby.Znasz to mieszkanie.Standardowe dwa pokoje,wykładzina, tapety, widna kuchnia, balkon, X piętro, teraz jestpuste i zaniedbane, ale gdy tam przyszliśmy po raz pierwszy,robiło wrażenie, superkomfort i luksus.Markowi zabrakłosłów, oryginalny salonik, jego marzenie, stolik, kanapa, dwafotele, krzesła, szafka z medalionem, kolorowy telewizorschowany w tej szafce, żeby nie psuł harmonii, kinkiety, lustraw złoconych ramach, wszystko w dobrym stanie, posklejane iwyczyszczone.Sypialnia bez baldachimu, na wpół stylowa,ten futrzak i tapczan też były, zostawiłam je, na czymś trzebaspać.Co jeszcze? Aha, komoda i toaletka, skóry na podłodze.zostały u Marka.A jednak nie mogłam ukryć niezadowolenia.- Wszystko to jest bardzo piękne, mamo, za piękne jak dlamnie - powiedziałam.- Po co było wydawać tyle forsy?- Miałam, to wydałam - odburknęła niezbyt uprzejmie.-No, a co ty sądzisz o tych meblach? - zwróciła się do Marka.-Podobają ci się?- Bardzo dobre simmlery.To właściwie jedyne ze starychmebli, które jako tako siedzą w nowoczesnych wnętrzach.Masz dobry gust.Ciekawe, ile za nie dałaś?- Kupiłam je piętnaście lat temu, dosłownie za grosze.- Jesteś przewidująca i sprytna.- W moim fachu to konieczne.Jeszcze nie widziałam Marka tak podnieconego, biegał pomieszkaniu, dotykał mebli, prawie je głaskał, otwierałszuflady, zaglądał do sekretery, siadał w fotelach.Matka zaprowadziła mnie do kuchni, tam również niebrakowało niczego, szafki, lodówka, stolik, trzy krzesła.- Możecie tu zamieszkać - oznajmiła.- Jest wszystko, copotrzeba, pościel, garnki, radio, telefon.- Nie wiem, jak ci dziękować - bąkałam ze wzrokiemwbitym w ziemię.Głos mi drżał, miałam uczucie, że dławimnie fałsz i słowa puchną w ustach.- Co tam podziękowania! Chciałabym widzieć radość wtwoich oczach - uśmiechnęła się kwaśno.Wyczuła jednak fałsz w moim głosie.- Jestem zmęczona.Uczyłam się dużo, nie spałam -powiedziałam cicho.- Wiem - objęła mnie.A ja zesztywniałam od razu.Matka cofnęła rękę, wyszła zkuchni i usiadła w fotelu.- Obejrzyjcie sobie widok z balkonu i możecie sięzbierać.;- A ty?- Ja tu zostanę.- Nie pójdziesz z nami na kolację? Myślałem, żewpadniemy do SPATiF - u.- Nie.Mam do załatwienia kilka telefonów.Może sięnawet z kimś spotkam.- Przecież chciałaś wyjechać?Ale nie wyjechałam.No, idzcie już, idzcie, zadzwonię dowas jutro po dziesiątej - cmoknęła mnie w policzek, posłałaMarkowi zdawkowy uśmiech i zatrzasnęła za nami drzwi.W windzie zaczęłam wpatrywać się w lustro, miałamjakąś obsesję śledzenia swej twarzy, szukałam zmian wwyrazie oczu, w skrzywieniu warg i układzie brwi, a nawet wkolorze skóry.Odwróciłam się rozczarowana, nic nieznalazłam, a przecież po każdej rozmowie z matką czułam sięstarsza o kilka lat.- Przypominam szczura wpędzonego do klatki -powiedziałam do Marka.- Chodzi ci o mieszkanie? Całkiem przyzwoite wnętrze,dobrze rozplanowane, wysoki standard, szafy w ścianach,glazura w pięknym kolorze.- W jakim?- Nie byłaś w łazience?- Nie.- Nie podobają ci się meble?- Okropne.- Dlaczego?- Nie wiem, ale są okropne.- Mówisz jak rozkapryszone dziecko.- Tak to wygląda, ale nie jestem rozkapryszonymdzieckiem.Nigdy nie byłam.To ona mnie tak traktuje,obsypuje prezentami jak jakąś księżniczkę.- Co w tym dziwnego? Jesteś jej córką.- E tam! Wszystko to w zamian.Doprowadzi do tego, żeją znienawidzę.- Jesteś przewrażliwiona.Jako postronny obserwator niemam jej nic do zarzucenia.Traktuje cię chwilami surowo, aleto jest jej sposób bycia.- Ciebie traktuje inaczej.W samochodzie byłam bliska histerii.- Przyjrzyj mi się uważnie! - krzyczałam.- Popatrz namnie jak na nieznajomą dziewczynę.- To niemożliwe.- Zdobądz się jednak na obiektywizm i powiedz, co wemnie jest odrażającego?- Nic nie ma.Jesteś bardzo ładną dziewczyną. - Ale w stanach napięcia i złości robię się podobna doszczura?- Co ty wygadujesz - zahamował gwałtownie.- I skądtakie porównania? Kiedy się złościsz, przypominaszskrzywdzone dziecko.- To dlaczego ona patrzy na mnie z obrzydzeniem?- Jeżeli jest tak, jak mówisz, to przyczyn należy szukaćgdzie indziej.- Nienawiść do ojca przeniesiona na mnie?- Bardzo możliwe, chociaż wytarte i oklepane.- Ty mnie kochasz, prawda? - patrzyłam na niegobłagalnie.Objął mnie i pocałował, a ja się rozpłakałam.- Co się stało, dlaczego płaczesz?- Nie wiem - płakałam dalej.- Boję się jutrzejszego dnia.Nie chcę jej widzieć.Boję się, że dojdzie do jakiejś sceny.- Dość tego mazgajstwa - odsunął się ode mnie.-Wracamy do domu.Chciałem zrobić jeszcze kilka szkiców ipołożyć się wcześniej spać.- Nie pójdziemy do SPATiF - u? - otarłam łzy iprzytuliłam się do niego.- Mam robotę
[ Pobierz całość w formacie PDF ]