[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Proszę, niech pan sobie to obejrzy.Bez żadnego podniecenia wyjął zdjęciu z rąk kapitana.Swojeodłożył zaraz na stolik, z drugiego patrzyła na niego młoda,roześmiana twarz Jurka Kowalika.Spoglądał na nią dłużej, niżwymagało tego rozpoznanie chłopca, który zginął z rąkżandarma podstępnie ukrytego w ciemnościach hallu, w domuDonerów.Zresztą nigdy nie uleciały mu z pamięci rysy tejtwarzy.Widział ją zawsze żywą, bo martwej po prostu nie było. Nie wiem, do czego i dlaczego miałaby mi wystarczyćczyjaś fotografia?Kapitan Korda uśmiechnął się prawie z rozbawieniem. Woli pan sobie ze mną porozmawiać? Dobrze.Ale proszępamiętać, że to jest pana decyzja.Chce mi pan zasugerować, żenie zna pan dobrze tego chłopca.Ale znał pan, prawda? Możliwe.W czasie wojny spotykało się sporo różnychludzi. Zdumiewające zdarzenie pozwolił sobie kapitan naironię. Pół życia spędził pan legitymując się papierami tegochłopca i nie wie pan dokładnie, kim on był? Ludzie opowiadają, że strach paraliżuje ręce, jeży włosy nagłowie, oblewa zimnym potem stwierdził ze zdumieniem.Czyżbym nie potrafił się już bać? Jest mi tak doskonalewszystko jedno, obojętnie i dobrze.Nareszcie mam spokój. Jak mi pan to udowodni? zapytał prawie z ciekawością.Kapitan wiedział, że ma przed sobą człowieka, który od kilkuminut pozbywa się sam siebie, staje obok własnego życia i losu.Patrzy na siebie z zewnątrz, ogląda kogoś, kto go już niewieleobchodzi.Znał i takie stany u ludzi, ale nie zdarzało mu się tozbyt często. Pamiętasz?.chyba jeszcze tam, na Bródnie, w tymmuzealnym domku powiedziałeś sobie, że natrafisz nasmutnego faceta.I że to będzie kiepska sprawa. Nie traćmy czasu powiedział głośno żyje brat i siostraKowalika.Pan posługiwał się.również jego metryką urodzenia.To nie było dla nas trudne, odnalezć pana, mając wszystkiedane.To jest niezbyt skomplikowana operacja.Przedstawiliśmy rodzeństwu Kowalika pańskie zdjęcia,zupełnie nie pokrywały się z tym, które rodzina ma w domu.Pieczołowicie przechowywane, proszę pana.Najmłodszy synWawrzona zginął w nie wyjaśnionych okolicznościach.Ciąglemieli nadzieję, że gdzieś jest, żyje, że pochłonęła go tylkozawierucha wojenna. I wypłynie jako bogaty wujek z Ameryki zakpił sobiemężczyzna, patrząc wprost w oczy kapitana. Nie, ma panrację dorzucił nie wróci. Pogrzebał go pan pod swoim nazwiskiem, panieOlenderczyk, co?Mężczyzna drgnął.Wyraz bezradności, bardzo ludzki,pojawił się na jego twarzy i starł z niej obojętność.Zapomniałjuż swego nazwiska, był pewny, że nigdy go nie usłyszy.Zabrzmiało teraz jak wystrzał, a może mocniej, bo po prostujak pogłos całej przeszłości, od dzieciństwa do wiekumłodzieńczego.Najważniejszego i najmocniej zapisującego sięw człowieku. Ja? uśmiechnął się gorzko. - Ja go nie grzebałem podżadnym nazwiskiem.Jego pogrzebali.Pod moim i za mnie.Inawet.wówczas nie przewidziałem tego tak dokładnie.Poprostu sam musiałem zniknąć, uciekać.O niczym więcej niemyślałem.O żadnej zamianie dokumentów.Nie było na toczasu.Byłem ranny.Dokonałem w ciągu tej nocy wyczynu,który dziś nie mieści mi się w głowie.Prawie tylko jedną rękąumyłem się, przebrałem potem siebie i Jurka martwego.Wiepan, co to jest ubierać trupa? A ja byłem ranny.Cały dzieńprzesiedziałem w lesie, na skraju szosy, miałem gorączkę,majaczyły mi się różne rzeczy.Nocą wyszedłem na drogę.Jakprzeszedłem te dwadzieścia siedem kilometrów, nie umiemsobie do dziś odtworzyć, uprzytomnić.Zataczałem się,padałem, kładłem się co jakiś czas do rowu, ale doszedłem.Wszpitalu zaraz zażądali ode mnie dokumentów.Musieli byćkryci.Wtedy uprzytomniłem sobie, że moja Kennkarta zostaław kurtce, w waciaku.Miałem w marynarce Jurka jegodokumenty.I to nawet wyszło szpitalowi na dobre.Ja nosiłem meldunek warszawski.Czym w razie kontrolitłumaczyć obecność takiego pacjenta? Gestapo po tejmordowni w parku Donerów węszyło jak wściekłe.Jurek miałmeldunek miejscowy.Zamiana fotografii w tamtych czasach,stempel z gapą to były dziecinne zabawki.Organizacjepodziemne działały na terenie szpitali.Zwłaszcza w szpitalach.Bez nich setki ludzi rozstałoby się z tym światem i nieoglądałoby dziś światła dziennego na oczy.Szpitale uratowałytysiące rannych.Mnie też uratowali.Tak zostałem Kowalikiem.Tylko tak. Ale to się panu przydało, pózniej zauważył kapitanKorda zimno w czasach, które absolutnie nie wymagały odpana fałszerstw
[ Pobierz całość w formacie PDF ]