[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tonina już zaczęła wpadać w panikę, ale w końcu pojawił się i Kaan.Niósł na rękach czyjeś dziecko i wyprowadzał z dymu grupę ludzi.Podbiegła do niego.Padli sobie w ramiona.Potem Kaan rozejrzałsię po ogromnym tłumie, który zgromadził się na równinie.WojownicyBalama, współplemieńcy Martoka, pielgrzymi Ixchel - wszystkichpołączyła katastrofa.Dym nadal unosił się w niebo, od czasu do czasuziemią wstrząsało drżenie, ale znajdowali się na tyle daleko od wulkanu,że nie groziły im ani trujące gazy, ani lecący z nieba gruz.- Dokąd teraz? - zapytał Martok.Kaan popatrzył w niebo na krążącego orła.Wyprowadził ich zdymu.Czy pokaże im dalszą drogę? Tonina podniosła wzrok z tą samąmyślą.Przypomniała sobie proroctwo boga Huitzilopochtli z KsięgiTysiąca Tajemnic, mówiące o tym, że orzeł zaprowadzi lud Mexica dojego obiecanego domu.Złożyła ręce przy ustach i zawołała w niebo:- Czcigodny Dzielny Orle, wiem, że to ty! To ja, Tonina.Dziękujemy za wyprowadzenie z niebezpieczeństwa.Ale czy terazmamy dalej iść za tobą?W odpowiedzi wielki ptak zniżył lot, śmignął, aż ludzie schyliligłowy, potem wzbił się wysoko i poszybował prościutko nad jezioroTexcoco.Ludzie poszli za nim, z Kaanem, Toniną, Ixchel i Martokiemna przedzie.Wędrowali do wieczora.Odeszli na tyle daleko od dymiącegowulkanu, że mogli już swobodnie oddychać, a oczy przestały ich piec.Orzeł prowadził ich cały czas, szli za nim z niezachwianą pewnością.Słońce stało już nisko na zachodzie, gdy zobaczyli, że ptak szybuje nadjezioro Texcoco, a w końcu przysiadł na samotnej skale na środkumoczarów.Tysiące ludzi zebrało się nad brzegiem jeziora - wojownicy ipielgrzymi, okoliczni rolnicy, których pola pokrył popiół, wieśniacy,których chaty runęły w trzęsieniu ziemi - i patrzyło na orła.Dostrzeglidwa zdumiewające szczegóły: ptak trzymał w dziobie węża, a przysiadłna kolczastej opuncji wyrastającej ze szczeliny w skale.A opuncja kwitła, kwitła jaskrawo szkarłatnie, kwiat jarzył się wzachodzącym słońcu i miał płatki ułożone w kształt wywiniętegokielicha.- To znak! - zawołał olśniony Martok.Zwrócił się do Kaana: - Synu,to znak, o którym mówiłem.Znak obiecany przez boga Huitzilopochtli.- Tak, to jest znak - wyrzekła Ixchel podniosłym tonem, choć głosjej drżał.- Przez dziesięć pokoleń błąkaliśmy się po tej ziemi jakowyrzutki, wszędzie niemile widziani, bez własnego domu.Ale dawnotemu Huitzilopochtli przyrzekł nam, że orzeł zaprowadzi nas do domu,usiądzie na kaktusie z wężem w dziobie.- Jak się tam dostaniemy? - zapytał Jednooki.Jezioro było wprawdzie płytkie, na tyle płytkie, że nie dało się wnim pływać, ale człowiek niskiego wzrostu miałby kłopoty z dotarciemw bród przez grząskie mokradła, błota i porosłe sitowiem rozlewiska.Kaan rozejrzał się po rozległym, rojącym się od komarów bagnie ijuż wyobrażał sobie solidne suche groble, które zbudują, by mieć dostępdo brzegu, połacie ubitej ziemi wznoszące się nad mokradłem.Z czasemziemne nasypy zastąpi kamień i cement, a wyspa stanie się ośrodkiemhandlowej wymiany i kontaktów między ludzmi.- Podzielcie się na grupy, niech silni mężczyzni i kobiety przeniosątam słabych i starych.Od razu założymy tu obozowisko, by zaznaczyć,że ta skała należy do nas.Nie zapomnijcie o wodzie w dzbanach ibukłakach.Każdy może do nas dołączyć, ale nikt nas nie zdoła stądwyprzeć.Dobrze czuł się jako przywódca i przyjął za swoją wizję Toniny ocentralnej władzy w dolinie Anahuac, z jednolitym prawem, normami, zbezpiecznym handlem i podróżowaniem, dla wspólnej korzyściwszystkich.Księga Praw spisywana przez H'meen przez całą wędrówkębędzie podstawą prawa tej krainy.Ruszyli przez moczary.Silni mężczyzni nieśli dzieci i słabszychtowarzyszy, inni szli samodzielnie.Tysiące ludzi o najróżniejszychlosach, z tysiącami marzeń, przekonań i wierzeń - zjednoczonych tąsamą nadzieją.Kaan i Tonina pierwsi doszli do ogromnego głazu i spojrzeli w góręna orła, który majestatycznie siedział na kaktusie.Nie odleciał mimoprzybycia tak licznej gromady.Wokół skały było dość suchego terenu,by zmieścili się wszyscy.Ixchel, gdy przybyła z Jednookim i H'meen(tych dwoje dotarło na barkach wiernych opiekunów), znalazła na skalecoś w rodzaju wystającej półki.W sam raz na ołtarz.I tu właśniepostanowiła odprawić pierwsze modły po przybyciu do nowego domu.H'meen znalazła suche miejsce dla swojej kroniki.Wyjęła farby ipędzle, chcąc zarejestrować na świeżo symboliczne spotkanie z orłem.Jednooki, praktyczny jak zwykle, zbierał drewno i patyki na ognisko, bowiedział, że na tej wyspie ogień im będzie potrzebny
[ Pobierz całość w formacie PDF ]