[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wykrzykiwał:- Więcej ci nie dam pracować w tej melinie na Pradze.Zapomnij o tym.Koniec.Więcejtam nie pójdziesz.- I co, będziesz mnie utrzymywał?!Wściekł się naprawdę.Nawet nie podejrzewałam, że Mareczek potrafi zrobić takąawanturę.Ponurym głosem i kategorycznym tonem powiedział:- Znajdę ci inną robotę.- Okej.Znajdz - zgodziłam się potulnie.Marek przywiózł pyszny pasztet i ciasto drożdżowe od jego mamy.Zanieśliśmy tespecjały do kuchni.Pani Helena zwołała wszystkich domowników.Marek nakrył do stołu irazem zjedliśmy taki, można powiedzieć sponsorowany przez moją przyszłą teściową,podwieczorek.Napisałam: przyszłą teściową i nie jest to, niestety, przejęzyczenie, bo Marek mazamiary.Zupełnie jak pan Barkis w Davidzie Copperfieldzie , ulubionej książce mojegodzieciństwa.Nie wiadomo skąd podarty lekko egzemplarz walał się u nas na przygórku.Czytałam go z dziesięć razy.Ale to, jak powiada pan Józio, dygresja.A wracając do Mareczka, to zakomunikował mi w czasie awantury o moją pracę:- Ja mam wobec ciebie poważne zamiary.O mój Boże! Prawie usiadłam.To znaczy, usiadłabym, gdybym nie siedziała.I trochęspanikowałam.Bo ja nie mam zamiarów.Zdecydowanie nie.Trzeba będzie Mareczkowi zamiary wyperswadować.Albo, jak to się mówi wśródinformatyków - a on informatyk całą gębą - będę musiała się od niego odłogować.Nie mam zamiarów matrymonialnych w żadnej, nawet najdalszej przyszłości.No, chybażebym się zakochała albo gdyby mi się książę z bajki trafił.Wtedy to i owszem, czemu nie.Alez Mareczkiem to nie ten przypadek.A w ogóle to mam niejasne przeczucie, że ta głupia miłość, która przychodzi nie wiadomojak i skąd, to tylko występuje na papierze i w operetce, a nie w realu.Nie widziałam wJagniątkowie miłości prawdziwej, tylko różne szczeniackie zadurzenia, które się przeważnie zlekończyły.Jeśli więc Maruś będzie napierał, to usłyszy: Sorry, Winnetou.Ja w to nie wchodzę.Yes.12.09.2004MarcelTo był niezwykły dzień.Spózniłem się trochę na ten pokaz.Edyta już była; siedziała w drugim rzędzie.Zajęła mimiejsce i wykonała całą pantomimę, bym usiadł koło niej.Pokręciłem głową.Nie takim głupi,aby zanurkować wśród tych wszystkich rozświergotanych bab.Odpowiedziałem na parę ukłonówi stanąłem obok kolumny.Oparłszy się o nią, obserwowałem cały ten zgiełk z miną, któraoznacza u mnie splendid isolation.Czyli po polsku - won.Udawałem, że nie widzę ludzi.Ukłoniłem się tylko pierwszej damie, gdy się pojawiła, i nadal sterczałem samotny kołokolumny, myśląc o czekającym mnie spotkaniu z ministrem przekształceń własnościowych.Porządkowałem sobie w głowie argumenty, które miałem zamiar przedstawić, i nawet byłem rad,że mogę sobie to spokojnie przemyśleć.Zabrzmiała orkiestra i na wybieg zaczęły wychodzićmodelki.Po dwie, trzy.Patrzyłem na nie niewidzącym wzrokiem.Intensywnie myślałem oczekającej mnie jutro z rana rozmowie.Wtem usłyszałem, jak ktoś tuż obok głośno i wyrazniepowiedział:- Turandot!Odwróciłem się.Oparty z drugiej strony o kolumnę stał wysoki siwy facet.Skądś mi znany.Ale niekojarzyłem zupełnie skąd.Na wszelki wypadek lekko skinąłem mu głową, a on uczynił to samo.- No, Turandot! - powtórzył.Nie chwytałem, o czym on mówi, ale spojrzałem na wybieg, na scenę, i zobaczyłemdekoracje i kreacje.Usłyszałem muzykę.Rzeczywiście.Pomysł widowiska zaczerpnięto zostatniej inscenizacji opery Pucciniego.- Ja wolałem wersję Mordasińskiego - odezwałem się mimowolnie.- Prawda? Ja też.Dekoracje były ciekawsze, no i nieporównywalnie lepsza reżyseria.Awidział pan poznański spektakl?- Tak, oczywiście.Ale to już było kompletnie wydziwione.Zwietna była tylko ViolaSypniewska w roli Turandot.Najlepsza ze wszystkich.A muszę panu powiedzieć, że widziałemnawet Sorelli w Met.- Naprawdę pan widział? Był pan tam? - podniecił się mój rozmówca, odrzucając w tyłsiwą czuprynę.Wpił we mnie wzrok tak głodny dalszych rewelacji na temat spektaklu wMetropolitan, że mu ich udzieliłem.Zresztą z przyjemnością, bo opera to moje hobby.Mamabyła niezrealizowaną śpiewaczką operową i wlokła mnie prawie od żłobka po wszystkichmożliwych teatrach i spektaklach.To był magiczny świat dla małego chłopca.Kochałem tęchwilę, gdy gasło światło i zaczynała rozbrzmiewać muzyka.Prawdziwe bajki mojegodzieciństwa.Opery.Na scenie biegały półnagie dziewczęta, rozbrzmiewała cudowna muzyka Pucciniego, amy z tym siwym jegomościem gawędziliśmy na temat ostatnich premier operowych.To byłinteligentny gość z gigantyczną wiedzą, trochę jednak nawiedzony.No, ale to dosyć częste w tymśrodowisku.Zastanawiałem się właśnie, czy jest gejem, gdy przerwał w pół słowa swój wywód ipowiedział:- Cicho.Teraz moja dziewczyna.Spojrzałem na scenę.A tam, w półmroku, prowadzona przez światło jednego tylkoreflektora szła, czy raczej sunęła, moja piękna nieznajoma.Zaparło mi dech.Wyglądałazjawiskowo.Umilkły rozmowy.Słychać było tylko monumentalną muzykę - wszystkie oczyskupione były na niej, na Mag.10.Ol.2003GosiaCodziennie czytam pani Irenie
[ Pobierz całość w formacie PDF ]