[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.— Zmarszczył brwi, zasłonił dłonią oczy, jakby czytał w czyichś myślach.— Ciocia Kitty opowiadała mi o tym wszystkim, jak byłem mały, ale większość zapomniałem.Same bzdury te przesądy.No niestety.— Potrząsnąłgłową i machnął rękami w powietrzu.— Zapomniałem.Ona by jednak pomogła.Ciocia Kitty z taboru.— Z taboru? — zdziwił się Sandy.— Z taboru — potwierdził Robbie.— A jak myślisz, skąd myśmy się wzięli? Chyba nie z powietrza, człowieku.Nie mówiłem ci? Rian też nie?Pochodzimy z obozu druciarzy u stóp Wzgórza Craigie.— To dlaczego tu się przenieśliście? — Robbie jakby był zaskoczony przy tym pytaniu.Spojrzał na siostrę, potem na Sandy’ego.Sandy skinąłgłową, chociaż poczuł, że ma tylko połowę obrazu.— No dobrze — powiedział zaraz.— O tak — kontynuował Robbie — powinniśmy kiedyś odwiedzić moją ciocię.Znowu spojrzał na Rian, która nagle ożywiła się.— To też moja ciocia! Nie tylko twoja! — Wściekłym wzrokiem mierzyła brata, który drapał się w brodę, potem zarumieniła się i spuściła oczy.Robbie zachichotał.— O? — powiedział.— Dobrze, może wtedy ją o to zapytamy, po tym, co się wydarzyło.Może powinniśmy iść tam w trójkę, teraz, i zobaczyć, co na to powie ciotka Kitty.Zdaję się, że przypominam sobie jej słowa: „Ona nie jest moją krewną”.Mam rację, Rian?Dziewczyna już wstała.Poruszała się szybko, a Sandy’emu podobały się kształty jej ciała w ruchu.Zatrzasnęła za sobą drzwi, jak najdokładniej umiała.Robbie zahuczał głośno, uśmiechnął się do San- dy’ego, potem skierował wzrok w podłogę i zamyślił się.— Chyba powinienem iść — zdecydował Sandy.— Ale dopiero co przyszedłeś! — poskarżył się Robbie, szczerze zmar-TLRtwiony.— Tak, ale mama czeka z kolacją.Paskudnie jestem spóźniony.— Sandy doznał nagłego olśnienia.— I chcę ją zapytać o swędzący nos.Wtedy będziemy mogli pojechać do waszej cioci.Dobra? — Przez sekundę Sandy myślał, że popełnił błąd, wspominając to, ale Robbie skinął głową.— Dobra — odpowiedział.— Zrób tak.Przyjdziesz jutro?— Może.— Sandy już wstał.— To dobrze.Na korytarzu nie było widać ani śladu Rian.— No, to cześć, Sandy — rzucił jeszcze Robbie; Kiedy drtWl Się za nim zamykały, szukał w kieszeniach papierosa.— Cześć, Robbie.Długo siedział na parapecie.Rian nie pojawiła się.Robbie gwizdał w odległym pokoju.Sandy nie chciał, żeby Robbie wyszedł i zastał go siedzące-go w oknie.Zupełnie jakby się przyznał, że interesuje go Rian.Policzył do sześćdziesięciu.Golfiści zeszli z pola.Zrobiło się za ciemno na grę, chociaż niebo jeszcze pokrywała czerwona poświata.Sięgnął do rynny i zjechał na dół, zeskakując z ostatnich pięciu stóp.Spadając, czuł w żołądku dreszcze.Wylądował ze stęknięciem na trawniku.Z plecaka wyleciało mu parę zeszytów.Przykucnął i włożył je z powrotem.Kiedy wstał, ona odezwała się za nim:— Sandy, nie wierz mu.Nie wierz, cokolwiek mówi.Kryje się w nim coś złego.— Głos miała spokojny i słodki.Odwrócił się do niej, a ona zrobiła krok w jego stronę.Z zupełną łatwo-ścią przyszło mu opleść ją rękami w talii.Dotknęła palcami jego ramion.Dotykała piersiami jego klatki piersiowej.Jest chuda, pomyślał Sandy.Sa-ma skóra i kości.— Obiecaj mi, że nie obrócisz się przeciwko mnie.Nie pozwolisz, żeby cię przekabacił.Obiecaj, Sandy.— Miała łzy w oczach.Położyła mu głowę na ramieniu.Sandy poczuł nabrzmiewającą erekcję i nieco odsunął biodra, żeby ona nie poczuła.Wstydził się bardziej, niż kiedyś, podczas tańców w szkole, kiedy jedna dziewczyna zauważyła jego erekcję podczas wolnego kawałka i powiedziała o tym koleżankom, które potem chichotały przez resztę wieczoru.Przy Rian nie chciał popełnić błę-du.— Sandy, nie zrozum mnie źle — mówiła.— Nie chcę, żebyś odniósłTLRzłe wrażenie.Robbie to mój brat i za nic nie chciałabym go zranić, ale zgorzkniał, opiekując się mną cały czas, czuje, że mnie traci, a jednak nie pozwoli mi odejść, ponieważ opiekę nade mną uważa za swój obowiązek.Ma w głowie mętlik, ale będzie próbował nastawić cię przeciwko mnie.Wiem to na pewno.Próbował tego wcześniej.Sandy chciał ją szybko o coś zapytać, ale nie dała mu okazji.— Zrobi wszystko.Będzie opowiadać kłamstwa, jakie mu tylko przyjdą do głowy.Nie wierz w nic.Kiedy trzymał ją w talii, jej włosy łaskotały go w nadgarstki.Miała dłuż-sze włosy, niż sądził.Sięgałyjej do pasa i jeszcze niżej.Spojrzał na jej pochyloną głowę, tak swobodnie opartą na jego ramieniu.— Obiecuję — powiedział — jeżeli mnie pocałujesz.— Łatwo mu to przyszło, zupełnie jakby mu się śniło.Miał ochotę uciec albo zamienić to w żart, ale coś kazało mu zostać.Spojrzała na niego, a on czuł, jak spojrzeniem przejmuje nad nim władzę.Wszystko, czym był, wszystko, czym chciał być w życiu, wszystko to wyleciało przez okno i spadło.Pocałowała go.Był to powolny, równy pocałunek, z towarzyszącym oddechem.Wydawała się zrelaksowana, co trochę zaniepokoiło Sandy’ego.Otworzył oczy, żeby zerknąć, i zauważył, że ona też ma oczy otwarte i wbite prosto w niego, obserwuje chłodno.Szybko zamknął więc oczy.Zupełnie jakby mama przyłapała go na udawaniu snu.Jej usta smakowały mydłem.Oddalił to po-równanie i starał się zaznać przyjemności.Powinno mu być przyjemnie.Powinno być jak w niebie.Później będzie mu się wydawać, że tak było, ale akurat w samej tej chwili zdziwienie i napięcie były zbyt wielkie, by czuć coś innego; było obco.Spodziewał się takiej obcości.Przyjmował wszystko.Oddychała mu w ucho.— Och, Sandy — wyszeptała.Potem odsunęła się od niego.Patrzyła mu w oczy, jakby czegoś niepewna.W końcu zmusiła się do uśmiechu i Sandy poczuł, że zawierza mu coś ważnego, coś, co teraz pozostawało poza jego zasięgiem.Poczuł, jak został mu złożony na barkach mały ciężar odpowiedzialności.Czy Robbie też to odczuwał, tylko w odwrotny sposób?Patrzył, jak się od niego odwraca i wspina się po rynnie
[ Pobierz całość w formacie PDF ]