[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Boże, Sasha.Nie możesz się winić.Na pewno lekarze.Odsunąwszy się,wbiła wzrok w płomienie.110- Nie było lekarzy.Rozwiązanie miało nastąpić dopiero za dziesięć tygodni.Mój synek urodził się taki słaby i maleńki.Miałam dziewiętnaście lat.Byłamsama w domu, przerażona.- A twój mąż.- Zwiętował z kumplami.Zbiory były w tamtym roku wyjątkowo obfite.-Prychnęła pogardliwie.- Przez całą ciążę pomagałam mu w polu, a kiedypotrzebowałam jego pomocy, nie było go.Nigdy nie mogłam na niego liczyć.- A rodzice.?- Było za pózno - oznajmiła ponuro.- Kiedy doczołgałam się do telefonu, byłojuż za pózno.- Jej głos przeszedł w ledwo słyszalny szept.- Próbowałam ratować mojego synka, ale nie umiałam.Zanim zdołałazaprotestować, otoczył ją ramionami.- Sasho, to nie była twoja wina.Takie rzeczy się czasem zdarzają.Potrząsnęła gwałtownie głową.- Nie tam, skąd ja pochodzę.Tam kobieta zachodzi w ciążę, rodzi dziecko,wstaje, otrzepuje ręce i prawie natychmiast wraca do pracy.Pod tymwzględem również zawiodłam rodziców.- To już ich problem - oznajmił Doug, wściekły na ludzką znieczulicę.Sashazasługiwała na miłość, a nie potępienie.- Dobrze, że stamtąd wyjechałaś.Przygryzła wargi.Usiłowała zapanować nad emocjami, lecz nie dała rady.111- Tak, ale teraz matka jest chora i nie wiem, co mam robić! -Zaniosła siępłaczem.Zatoczyli koło i wrócili do punktu wyjścia.Sasha nie była w stanie niczegodłużej w sobie utrzymać, ani łez, ani tajemnic.- Dzwoniła moja siostra - dodała po chwili.- Mama ma nowotwór.Będzieoperowana w poniedziałek.- Chcesz do niej jechać?- Tak! Nie! Nie mogę!- Dlaczego? - spytał tym samym łagodnym tonem.- Bo nie mogę! -Zacisnęła ręce na oplatających ją ramionach.-Zbyt wiele jestmiędzy nami złych emocji, bólu, złości, krzywd.Poza tym dawno nie byłam wdomu.Nie chcę po latach zobaczyć matki schorowanej, wycieńczonejchorobą.- Kochasz ją.- Oczywiście! To moja matka.- Załkała cicho.- Boże, jak to strasznie boli.- Wiem, wiem - szeptał, kołysząc ją w ramionach.- Ale wszystko będziedobrze.- A jak nie? A jeśli umrze?- Co powiedziała siostra? Czy lekarze uprzedzali, że.- Nie.- Przetarła policzek wierzchem dłoni.-Nic takiego nie mówili.- No widzisz? Niepotrzebnie się zamartwiasz.- Ale to nie rozwiązuje sprawy.Kiedyś mama umrze.Jeśli nie mama, to ojciec.Jeśli nie dziś, to jutro, za tydzień, za rok lub za pięć112lat.- Westchnęła ciężko.- Całymi latami starałam się o tym nie myśleć.Ale tojest chowanie głowy w piasek.Nie wiem, czy mam dość siły, żeby spotkać sięz rodzicami, stawić im czoło.- Masz.Zobacz, jak daleko zaszłaś i co osiągnęłaś, a przecież zaczynałaś odzera.Miliony kobiet ci zazdroszczą.- Bo nie znają całej prawdy.- Nigdy nie jest tak, żeby było idealnie, żebyśmy mieli wszystko, na czym namzależy - powiedział cicho.Jego ciepły oddech łaskotał ją w szyj ę.- %7łycie tosztuka kompromisu, czasem trzeba wybierać.- Nie chcę wybierać! - sprzeciwiła się.- Chcę mieć wszystko: spokój,szczęście, miłość, sukcesy, szacunek.- Mówisz o idealnym życiu.Ale ono nie istnieje, to znaczy istnieje tylko nakartach powieści.Hej, dokąd pędzisz? - zawołał zdziwiony, kiedyoswobodziła się z jego ramion.- Sasha!Odnalazł ją w kuchni.Siedziała skulona na krześle przy oknie.Ukląkł obok.- Sasha, nie krytykuję cię.Rozumiem twoje pragnienia.Ja też marzę oidealnym życiu.Po prostu nie można rozpaczać ani się załamywać, jeśli cośnam umyka, jeśli nie wychodzi.- Urwał.-Przeczytałem twoją książkę.Przez chwilę bał się, że Sasha znów poderwie się na nogi.A ona zamarła wbezruchu, po czym podniosła wzrok.- Naprawdę? - spytała nieśmiało.- Od deski do deski.Jest świetna.Skrzywiwszy się, posłała mu sceptycznespojrzenie.- E tam, tak tylko mówisz.113- Czy ja bym kłamał? Hm.- Zmarszczył czoło.- Kiedyś pewnie tak.-Popatrzył jej prosto w oczy.- Sasha, gdyby mi się twoja książka nie podobała,a nie chciałbym cię zranić, mógłbym wygłosić jakiś banał, że rozumiem,dlaczego kobiety lubią ten typ literatury
[ Pobierz całość w formacie PDF ]