[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nigdzie linia prosta nie ostała się długo, kaprys rysownika kazał się jej zginać,opadać, zakreślać owale, zacierać kąty, a ze szpar patrzały wszędzie to wytrysłe,niespodzianie liście, to wymarzone owoce, to gałęzie suche, zwijające się pośmiertnymuściskiem.Na bramie stały dwa wazony, niby z Włoch kędyś skradzione i przyniesione, aby jeprzypominały.Z jednej strony domu wystawka, bluszczem opleciona, przypominała teżwłoskie pergole211.Przodem kamieniczka zwrócona była ku Elbie, jakby na miasto patrzećnie chciała.Z dala przed nią świecił pałac Japoński.Posadzone drzewa, choć młode, rosły tubujnie i już trochę cieniu rzucały, a dwie starsze lipy, pozostałe z dawnych czasów, zpopróchniałymi pniami, szeroko roztaczały gałęzie.Nad znakiem u pierwszego piętra jednego wieczoru jesieni na balkonie kamiennymsiedziała kobieta sama jedna.Istny to był obraz tęsknicy.Młoda, piękna, smutną była jak noc;czarne brwi ściągnięte, w ciemnych oczach świeciły łzy niewyronione, ręce oparła nakolanach obie, na białych dłoniach zwiesiła głowę przechyloną i patrzała w dal zadumana.Aatwo w niej Włoszkę poznać było, bo tak bujnie rosną tylko kobiety i kwiaty pod tamtymsłońcem ożywczym; tak piękne kształty nadaje tylko natura wybranym dzieciom watmosferze woniejącej kwiatem pomarańczowym i morskimi zapachy.Na różowych ustachwpółotwartych, spod których perłowe wyglądały ząbki, błąkała się piosenka.Myśl jąprzerywała, głos ustawał i po chwili, jakby od niechcenia, cichy płynął z piersi, niby senny,stłumiony, i umierał milczeniem znowu, i rodził się westchniemem.Była sama z sobą, cała w sobie, skamieniała tęsknicą, zdrętwiała nudą, znękana życiem.Pieśń płynęła z nałogu, łzy płynęły z serca.Ubrana jak w domu i do domu, mogła śnić o włoskiej ciepłej jesieni, tak dzień był gorący,a powietrze parne prawie.Toteż zaledwie osłoniona, dała białej sukni spadać z ramion, aczarnym włosom płynąć po ziemi i na nogach miała tylko pantofelki, a ręce do półwychodziły jakby na okaz dla snycerza.Wieku trudno było odgadnąć, pierwsza młodośćuciekała ledwie, a poczynały się te lata, co tęsknią już za nią i pragną przyszłości, a lękają sięjej razem.Oczy już płakać umiały, a usta śmiały się nieraz pocałunkom i nie zdawały się ichpragnąć.Myślą była gdzieś daleko, za morzami, za górami, ale nie tu nad smutną Elbą i podniebem bladym Północy.Niekiedy, jakby wewnętrzna jakaś fala nią poruszała, kołysała się tak siedząc i naówczasśpiewka głośniej dobywała się z jej piersi, łza spłynęła po twarzyczce, oko po niejczarniejszym i płomienistszym się zdawało.211P e r g o l a (z wł.) altana obrośnięta winem.N a d z n a k i e m - tu: nad godłem domu.122Na lewo w pomarańczowych blaskach zachodziło słońce, ku tej części nieba miałazwrócone oczy.Wtem zaszeleściało coś w ciasnej uliczce: słychać było jakby pośpiesznekroki.Odgłos ich uderzył ucho zamyślonej kobiety i obudził ją ze snu.Strwożyła się, stanęła,słuchała w milczeniu.W bramę ktoś stuknął.Przerażona, otulając się suknią, chwytając włosy rozrzuconewbiegła do domu i znikła.Drugie stuknięcie dało się słyszeć w bramie, w domku było cicho; ktoś uderzył raz trzeci ifurtka się otwarła.Mężczyzna stary, odarty, w bieliznie tylko i narzuconym na ramionaaksamitnym przyodziewku zszarzałym, w czapce włóczkowej zblakłej na siwych,rozczochranych włosach, wyjrzał, rozglądając się ciekawie.Przed bramą stał płaszczykiemotulony młody mężczyzna pięknej twarzy, który nic patrząc i nie pytając, natychmiast wcisnąłsię do wnętrza.Stary, pomruczawszy, zamknął za nim i wlókł się do domu.Po włosku zapytał go, obracając się, przybyły, czy Teresa w domu, i odebrał obojętnąodpowiedż potwierdzającą.Szybkimi krokami posunął się do domku, którego drzwi odogrodu stały otworem
[ Pobierz całość w formacie PDF ]