[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jechali wzdłuż szerokiej, porośniętej wierz-bami rzeki.- Ja też jestem przerażony - powiedział.Kincaid miał rację.Wszyscy bylipodminowani.Mijali bujne łany jęczmienia.Rzeka niosła dość wody do nawadniania pól.- Dlaczego to robicie? - zapytał Shan.- Dlaczego zaczęliście im pomagać, szukaćzabytków? Samo zarządzanie kopalnią jest chyba już dość absorbujące?- Dlatego, że to musi być zrobione - odparła bez wahania Fowler.- Mogliby to zrobić inni.- Ale to my jesteśmy na miejscu.- To właśnie mnie przeraża - powiedział cicho Shan.- Obawiam się, że nie rozumiecie,jakie to niebezpieczne.Fowler poczuła się dotknięta.- Myśli pan, że robimy to dla draki? - Mówiła podniesionym głosem, jakiego nigdydotąd u niej nie słyszał.- %7łebyśmy mogli się przechwalać, kiedy wrócimy do domu? To wcalenie tak, do diabła! - Spuściła wzrok, jak gdyby zaskoczona własnym wybuchem.- Przepraszam- powiedziała cicho.- Chodzi po prostu o to, że Tybet wsiąka w człowieka.Tu wszystko jesttakie rzeczywiste.Bardziej rzeczywiste niż cokolwiek tam, w domu.Już raz użyła tego słowa, przypomniał sobie Shan, opisując chwilę, kiedy zwróciła dłońTamdina, a w górach zaczęło wyć jakieś zwierzę.Rzeczywiste.- Tu wszystko ma jakieś znaczenie - dokończyła.- Znaczenie? - zapytał Shan.Obróciła się i spojrzała na niego, wodząc oczyma, jakby szukała właściwych słów, alenie powiedziała nic więcej.- Tu nie jest wszystko jedno - ciągnął Kincaid, jak gdyby on i Fowler omawiali tentemat już wiele razy.- U nas w kraju ludzie siedzą i oglądają MTV.Kupują samochody.Kupujądomy.Mają jeden przecinek osiem dziecka.- MTV? - zdziwił się Shan.- Nieważne.Tam marnuje się życie.Oni wszyscy po prostu żyją na świecie.Tutajczłowiek może żyć w świecie.Buddyści mają osiem piekieł gorących i osiem piekieł zimnych.Ale w Ameryce istnieje zupełnie nowy rodzaj piekła.Najgorszy ze wszystkich.Taki, w którympodstępem skłania się ludzi, by zapominali o własnych duszach, wmawiając im, że już są wraju.- Ale musicie przecież mieć coś, co ma znaczenie.Choćby rodzinę.- Nie za bardzo - stwierdził pogodnie Kincaid, jakby się tym szczycił.Nie za bardzo, pomyślał Shan.Co takiego powiedziała mu Fowler? %7łe pewnego dniaKincaid obejmie firmę, że stanie się jednym z najbogatszych ludzi w Ameryce.- Nie rozmawiam zbyt wiele z rodzicami.- A rodzeństwo?- Miałem psa - odparł kapryśnie Kincaid.Shan niemal zazdrościł mu jego beztroski.-Zdechł - zakończył Amerykanin z szerokim uśmiechem.- Ale jest pan bogatym człowiekiem - podsunął niezręcznie Shan.Kincaid rzucił Fowler spojrzenie spod przesadnie zmarszczonych brwi, jak gdybykarcąc ją za gadulstwo.- Już nie.Dałem sobie z tym spokój.Mój ojciec jest bogaty.Ja chyba też będę, kiedyś.Staram się o tym nie myśleć.Na bogactwie nie zbudujesz domu.Bogactwo nie daje spokojuumysłu.- Zerknął z nadzieją w stronę Rebecki.- Do diabła, w Lhadrung czuję się bardziej usiebie, niż kiedykolwiek zdarzyło mi się to w Stanach.Fowler posłała mu słaby uśmiech.- Biedna, zagubiona duszyczka znalazła wreszcie swój kojec.- Nie mów tak, jakby to dotyczyło tylko mnie - zbeształ ją Kincaid, wciąż szczerząc sięw uśmiechu.Shan spostrzegł, że Fowler sztywnieje, po czym z wahaniem odwraca się ku niemu, jakgdyby winna mu była wyjaśnienie.- Moi rodzice rozwiedli się piętnaście lat temu.Mieszkałam z matką, która cierpi nachorobę Alzheimera.To niszczy pamięć.Przestała mnie poznawać przeszło cztery lata temu.Iod ośmiu lat nie miałam żadnych wieści od ojca.- Wyjrzała przez okno.- Myślę, że ja teżpotrzebowałam nowego świata.Nie wyjaśniło to Shanowi niczego.Zasmuciło go tylko.Może w królestwie duchówLhadrung był jeszcze jedną pułapką, w której gromadziły się zagubione dusze i dopóty sięturlały, dopóki, ubite i twarde jak stare głazy, nie mogły znów bezpiecznie powrócić do świata.Zamknął oczy i jego myśli popłynęły ku temu, co znalazł w życiorysie pułkownikaTana.Służba w Mandżurii, Mongolii Wewnętrznej i Fujianie.Ale do roku 1985 brakjakiejkolwiek wzmianki o Tybecie.Wyjrzał przez okno na odludną okolicę.Wszystko było nietak.Wszystkie jego przypuszczenia okazały się błędne.Sądził, że kluczem jest dyrektor Hu, alemylił się.Myślał, że chodziło o jaskinię czaszek, ale potem znalazł Yerpę.Miał nadzieję, żebyła to tylko walka między szabrownikami, ale szabrownik nie zabiłby z powodu jednejświątyni, żeby chronić inną.Podejrzewał, że zamieszany jest w to Li, potem Li i major, ależaden z nich nie miał nic wspólnego z Tamdinem.Zdawało mu się, że nie może to być Sungpo,ale kto, jeśli nie mnich, przełożyłby z takim pietyzmem czaszkę w jaskini? Uwierzył, żeodpowiedzi pozna z Księgi Lotosu, ale i ona się myliła.Wszystko to były fragmenty jednejukładanki, lecz jej kształt wciąż mu umykał i nie miał pojęcia, jak wiele jeszcze kawałków musiodkryć, nim wreszcie dostrzeże w nich sens.Wiedzieć, że się nie wie, jest oznaką zdrowia, przypomniał mu Tsomo.Musiał zacząćjeszcze raz, odrzucić to wszystko, założyć, że wie tylko o swej niewiedzy.Nie wiedział takwielu rzeczy.Nie wiedział, kto miał kostium Tamdina.Nie wiedział, kto przekazał ragyapomskradzione dostawy wojskowe.Nie wiedział, po co purbowie zapisywali kłamstwa w KsiędzeLotosu.Nie wiedział, dlaczego Jao interesował się prawami wodnymi na odległym górskimzboczu
[ Pobierz całość w formacie PDF ]