[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.-W głosie Djotiego zabrzmiała złość.- Czasami zastanawiam się, co może zrobić dziecko,żeby matczyna miłość zamieniła się w ponure, bolesne uczucie.Powtarzałem Ellen, że nie znajdzieodpowiedzi na swoje pytania i że powinna myśleć o tobie, Zeldo, o swojej córce, która błąka się gdzieśpo świecie.Djoti wstał, jego ciemna sylwetka zarysowała się na tle ciemnoszarego okna.- I miałem rację, bo w końcu przyjechałaś.Teraz cię zostawię, żebyś mogła odpocząć.Wrócę jutro.- Nie - zaprotestowała Zelda, stając obok niego.Poczuła, że staruszek stanowi jedyną nić, którałączy jąz porankiem, obiecuje nadejście świtu.- Proszę, nie zostawiaj mnie samej.- Niestety, muszę - odparł Djoti, nie kryjąc zaskoczenia.- Już dawno powinienem być w domu.- Zabierz mnie ze sobą - błagała Zelda.- Mogę przespać się gdziekolwiek.Rano będziemy mogliwcześniej wyruszyć w drogę.- Włączyła światło, żeby zobaczyć twarz Djotiego.Roześmiał się i omiótł wzrokiem pokój.- Chyba nie rozumiesz - powiedział.- Mój dom to chata pozbawiona elektryczności i bieżącej wody.Zpimy na legowiskach porozkładanych na podłodze.- Ja też mieszkałam w chacie - tłumaczyła Zelda.- Woda z deszczu wlewała się szparą poddrzwiami, a wiatr wtłaczał dym z powrotem do komina.Domek był bardzo mały i stał tak bliskomorza, że zdaniem taty z okna można było zarzucać wędkę.Starała się uśmiechnąć, ale wargi jej zadrżały, a oczy napełniły się łzami.399- Nie płacz - powiedział Djoti tak jak kiedyś Cassie.Jego prośba brzmiała tak życzliwie, że Zeldaodwróciłasię, by ukryć płynące po twarzy łzy.Wyczuła, że za jej plecami Djoti na chwilę zamarł w bezruchu.Potem usłyszała, że chodzi po pokoju, zbiera jej rzeczy i pakuje do plecaka.Po chwili zarzucił ładunekna ramię i stanął przy drzwiach, gotowy do drogi.29W pobliżu Landour leśne trakty przypominały raczej ścieżki na wydeptanej i wymiecionej do czystaziemi.Wzdłuż trasy wędrowcy napotykali tlące się stosy zwiędłych liści i wyschniętych kwiatów,aromatyczne smugi dymu snuły się w porannym powietrzu.Nikt nie pilnował niewielkich ognisk, cooznaczało, iż sprzątający znajdują się gdzieś w pobliżu, zawsze obecni, ale niezmiennie pozazasięgiem wzroku.W głębi lasu ścieżka stała się wyboista i śliska, ale korony drzew zdobiły te same kwiaty, aprzebudzone już ptaki świergotały i fruwały między konarami.Djoti szedł przodem, ale co chwilaoglądał się przez ramię.- Uważaj.Nie potknij się - ostrzegał.Tuż obok ścieżki grunt opadał stromo aż na dno doliny.- Zginęło tu sporo ludzi - wyjaśnił.- Konie również wpadały w khut.Podczas wędrówki wskazywał ślady odległych domostw -smugi dymu, ostre szczyty dachów,drzewa.Raz zatrzymał się, żeby pokazać jej czerniejące ruiny rozleglej rezydencji.Powiedział, żeschroniła się tu niegdyś para młodych hinduskich kochanków.Niestety, piorun uderzył w dom i obojespłonęli wraz z nim.Teraz ich duchy wyśpiewują nocami pieśń miłości.Ani Djoti, ani Zelda nie mówili nic o sobie, a tym bardziej o Ellen, wyczuwając, że ich wędrówkapowinna być spokojna i cicha, wolna od bólu, nadziei i wspomnień.400Wczesnym przedpołudniem ostatnie domy Landour zostały daleko za nimi, a prowadzącaserpentynami ścieżka zaczęła piąć się stromo w górę.Oddechy obydwojga stały się zbyt krótkie, bymogli rozmawiać.Zelda zatrzymała się, by zdjąć sweter i zawiązać go wokół bioder.Było to starypulower, powycierany na łokciach, ale podobał jej się niebiesko-szary kolor, który przypominałzimowe niebo.Rankiem dość długą chwilę spędziła nad plecakiem, zastanawiając się nad wyborem stroju, podczasgdy Djoti i jego rodzina czekali przed chatą, pragnąc zapewnić swemu gościowi nieco prywatności.Początkowo włożyła brązowe spodnium, potem jednak zrezygnowała z tego typowo indyjskiegostroju.Zdecydowała się na dżinsy, wysokie buty, bluzkę koszulową i niebieski sweter.Otuchydodawał jej dotyk znoszonych dżinsów i ciężar skórzanego paska.Wokół szyi owinęła starą, wyblakłąod słońca i wiatru chustę Jamesa z postrzępionymi brzegami.Zniknęła podróżniczka, pojawiła sięnatomiast dawna Zelda z Nautilus Bay, córka Jimmy'ego, dziewczyna Drew.Djoti zmarszczył czoło, podając jej gliniany kubek słodkiej herbaty z przyprawami korzennymi.- Zmieniłaś się w chłopca? - spytał, ale widząc solidne botki, aprobująco kiwnął głową.- Droga jestciężka.Przydadzą ci się - powiedział, choć sam byl boso.Pnąc się w górę, Zelda obserwowała plecy swego przewodnika.Przecież to staruszek - powtarzałasobie.- Powinnaś wyprzedzać go o wiele kilometrów.Rozmasowała bok, starając się rozproszyć bólspowodowany przez kolkę.Potem zaczęła liczyć kroki, tak jak to robiła wówczas, gdy starała sięnadążyć za Drew.Pięćdziesiąt.Następne pięćdziesiąt.I kolejne.Krok po kroku można pokonać każdąodległość.Kilometry zniechęcają - mawiał James.- Centymetry znikają nie wiadomo jak.- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Djoti, zatrzymując się.Zelda wpatrywała się w niego zaskoczona.401- Co takiego?- Popatrz w tamtą stronę.Wśród drzew stoi domek myśliwski pułkownika Strathedena.Spojrzała nad głową Djotiego w kierunku, który wskazywał wyciągniętą ręką.Zobaczyła pnie,liście, krzaki, a nad nimi niebo.Po chwili jednak dostrzegła także niemal niewidoczne zarysydrewnianego budynku.- Jest mały - wyjaśnił Djoti.- I niemalowany.Spojrzeli sobie w oczy; Zelda poczuła, że ogarnia jąpanika.Koniec wędrówki nadszedł zbyt szybko.- Idz prosto przed siebie - szepnął staruszek.- Zaczekam tutaj.- Nie! - zaprotestowała szybko Zelda.- Zaprowadz mnie.Djoti bez słowa zszedł z wąskiej ścieżki i wykonał zapraszający gest.Dróżka zaprowadziła dziewczynę na niewielką polanę tuż za ostrym zakrętem.Na jej środku stalposzarzały ze starości domek z popękanymi gontowymi ścianami i takimż dachem.Z okien zwisałyokiennice, trzymające się na obluzowanych zawiasach.Pobielałe czaszki zwierząt z długimi,rozgałęzionymi porożami zdobiły frontową ścianę.Nad zbitymi z surowych desek drzwiami wisiałydwie zardzewiałe strzelby ze skrzyżowanymi lufami.Zelda podeszła bliżej; jej bluzka zaczepiła się o dzikie pnącze, które zarastało zaniedbane grządki.Ostrym szarpnięciem uwolniła rękaw.Gałązka odgięła się i uderzyła o jedną ze zwisających okiennic.Rozległo się stuknięcie, a potem znów zapadła cisza.Zelda obejrzała się za siebie, mając nadzieję, że Djoti idzie za nią, ale w zasięgu wzroku nie byłożywej duszy.Ze wszystkich stron otaczała ją nieprzenikniona cisza.Dziewczyna powędrowałaścieżynką prowadzącą wzdłuż ściany.Zatrzymała się przy otwartym oknie i ujrzała w nim schnącepranie - bluzkę, spodnie, bieliznę, skarpetki, wszystko w roż-402nych odcieniach błękitu
[ Pobierz całość w formacie PDF ]